The Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz

Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
copyright laws for your country before downloading or redistributing
this or any other Project Gutenberg eBook.

This header should be the first thing seen when viewing this Project
Gutenberg file.  Please do not remove it.  Do not change or edit the
header without written permission.

Please read the "legal small print," and other information about the
eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file.  Included is
important information about your specific rights and restrictions in
how the file may be used.  You can also find out about how to make a
donation to Project Gutenberg, and how to get involved.


**Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**

**eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**

*****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****


Title: Sklepy cynamonowe

Author: Bruno Schulz

Release Date: May, 2005 [EBook #8119]
[Yes, we are more than one year ahead of schedule]
[This file was first posted on June 16, 2003]

Edition: 10

Language: Polish

Character set encoding: Codepage 1250

*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***




Produced by Pawel Sobkowiak--Scanned and proofread by
Polska Biblioteka Internetowa




BRUNO SCHULZ SKLEPY CYNAMONOWE


Spis tresci:

SIERPIE NAWIEDZENIE PTAKI MANEKINY TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTRA
KSIGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Cig dalszy TRAKTAT O MANEKINACH
Dokoczenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI
KARAKONY WICHURA NOC WIELKIEGO SEZONU




SIERPIE

1 W lipcu ojciec mj wyjeda do wd i zostawia mnie z matk i
starszym bratem na pastw biaych od aru i oszoamiajcych dni letnich.
Wertowalimy, odurzeni wiatem, w tej wielkiej ksidze wakacji, ktrej
wszystkie karty paay od blasku i miay na dnie sodki do omdlenia
misz zotych gruszek. Adela wracaa w wietliste poranki, jak Pomona z
ognia dnia rozagwionego, wysypujc z koszyka barwn urod soca--
lnice, pene wody pod przejrzyst skrk czerenie, tajemnicze, czarne
winie, ktrych wo przekraczaa to, co ziszczao si w smaku; morele, w
ktrych miszu zotym by rdze dugich popoudni; a obok tej czystej
poezji owocw wyadowywaa nabrzmiae si i poywnoci paty misa z
klawiatur eber cielcych, wodorosty jarzyn, niby zabite gowonogi i
meduzy--surowy materia obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i
jaowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim
i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym pitrze kamienicy w rynku
przechodzio co dzie na wskro cae wielkie lato: cisza drgajcych
sojw powietrznych, kwadraty blasku nice arliwy swj sen na
pododze; melodia katarynki, dobyta z najgbszej zotej yy dnia; dwa,
trzy takty refrenu, granego gdzie na fortepianie, wci na nowo,
mdlejce w socu na biaych trotuarach, zagubione w ogniu dnia
gbokiego. Po sprztaniu Adela zapuszczaa cie na pokoje, zasuwajc
pcienne story. Wtedy barwy schodziy o oktaw gbiej, pokj napenia
si cieniem, jakby pogrony w wiato gbi morskiej, jeszcze mtniej
odbity w zielonych zwierciadach, a cay upa dnia oddycha na storach,
lekko falujcych od marze poudniowej godziny. W sobotnie popoudnia
wychodziem z matk na spacer. Z pmroku sieni wstpowao si od razu w
soneczn kpiel dnia. Przechodnie, brodzc w zocie, mieli oczy
zmruone od aru, jakby zalepione miodem, a podcignita grna warga
odsaniaa im dzisa i zby. I wszyscy brodzcy w tym dniu zocistym
mieli w grymas skwaru, jak gdyby soce naoyo swym wyznawcom jedn i
t sam mask--zot mask bractwa sonecznego; i wszyscy, ktrzy szli
dzi ulicami, spotykali si, mijali, starcy i modzi, dzieci i kobiety,
pozdrawiali si w przejciu t mask, namalowan grub, zot farb na
twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny--barbarzysk mask
kultu pogaskiego. Rynek by pusty i ty od aru, wymieciony z kurzu
gorcymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrose z
pustki tego placu, kipiay nad nim jasnym listowiem, bukietami
szlachetnie uczonkowanych filigranw zielonych, jak drzewa na starych
gobelinach. Zdawao si, e te drzewa afektuj wicher, wzburzajc
teatralnie swe korony, aeby w patetycznych przegiciach ukaza
wytwomo wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra
szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiay
si refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,
rozproszonymi w gbi kolorowej pogody. Zdawao si, e cae generacje
dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijajcy stare fasady z pleni
tynku) obtukiway kamliw glazur, wydobywajc z dnia na dzie
wyraniej prawdziwe oblicze domw, fizjonomi losu i ycia, ktre
formowao je od wewntrz. Teraz okna, olepione blaskiem pustego placu,
spay; balkony wyznaway niebu sw pustk; otwarte sienie pachniay
chodem i winem. Kupka obdartusw, ocalaa w kcie rynku przed pomienn
miot upau, oblegaa kawaek muru, dowiadczajc go wci na nowo
rzutami guzikw i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krkw
odczyta mona byo prawdziw tajemnic muru, porysowanego hieroglifami
rys i pkni. Zreszt rynek by pusty. Oczekiwao si, e przed t sie
sklepion z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejcych si akacyj
osioek Samarytanina, prowadzony za uzd, a dwch pachokw zwlecze
troskliwie chorego ma z rozpalonego sioda, aeby go po chodnych
schodach wnie ostronie na pachnce szabasem pitro. Tak wdrowalimy
z matk przez dwie soneczne strony rynku, wodzc nasze zaamane cienie
po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijay powoli
pod naszymi mikkimi i paskimi krokami--jedne bladorowe jak skra
ludzka, inne zote i sine, wszystkie paskie, ciepe, aksamitne na
socu, jak jakie twarze soneczne, zadeptane stopami a do niepoznaki,
do bogiej nicoci. A wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszlimy w
cie apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym
symbolizowaa chd balsamw, ktrym kade cierpienie mogo si tam
ukoi. I po paru jeszcze domach ulica nie moga ju utrzyma nadal
decorum miasta, jak chop, ktry wracajc do wsi rodzimej, rozdziewa si
po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniajc si powoli, w miar
zbliania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tony
wraz z oknami, zapadnite w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu maych
ogrdkw. Zapomniane przez wielki dzie, pleniy si bujnie i cicho
wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, ktr przeni mogy
za marginesem czasu, na rubieach nieskoczonego dnia. Ogromny
sonecznik, wydwignity na potnej odydze i chory na elephantiasis,
czeka w tej aobie ostatnich, smutnych dni ywota, uginajc si pod
przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i
perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stay bezradne w swych
nakrochmalonych, rowych i biaych koszulkach, bez zrozumienia dla
wielkiej tragedii sonecznika.

2 Spltany gszcz traw, chwastw, zielska i bodiakw buzuje w ogniu
popoudnia. Huczy rojowiskiem much popoudniowa drzemka ogrodu. Zote
ciernisko krzyczy w socu, jak ruda szaracza; w rzsistym deszczu
ognia wrzeszcz wierszcze; strki nasion eksploduj cicho, jak koniki
polne. A ku parkanowi kouch traw podnosi si wypukym garbem-pagrem,
jak gdyby ogrd obrci si we nie na drug stron i grube jego,
chopskie bary oddychaj cisz ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,
babska bujno sierpnia wyolbrzymiaa w guche zapadliska ogromnych
opuchw, rozpanoszya si patami wochatych blach listnych, wybujaymi
ozorami misistej zieleni. Tam te wyupiaste pauby opuchw wybauszyy
si jak babska szeroko rozsiade, na wp poarte przez wasne oszalae
spdnice. Tam sprzedawa ogrd za darmo najtasze krupy dzikiego bzu,
mierdzc mydem, grub kasz babek, dzik okowit mity i wszelk
najgorsz tandet sierpniow. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym
matecznikiem lata, w ktrym rozrosa si gupota zidiociaych chwastw,
byo mietnisko zaroso dziko bodiakiem. Nikt nie wiedzia, e tam
wanie odprawia sierpie tego lata swoj wielk pogask orgi. Na tym
mietnisku, oparte o parkan i zaronite dzikim bzem, stao ko
skretyniaej dziewczyny Tui. Tak nazywalimy j wszyscy. Na kupie
mieci i odpadkw, starych garnkw, pantofli, rumowiska i gruzu stao
zielono pomalowane ko, podparte zamiast brakujcej nogi dwiema
starymi cegami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczae od aru, cite
byskawicami lnicych much koskich, rozwcieczonych socem,
trzeszczao jak od nie widzianych grzechotek, podniecajc do szau.
Tuja siedzi przykucnita wrd tej pocieli i szmat. Wielka jej
gowa jey si wiechciem czarnych wosw. Twarz jej jest kurczliwa jak
miech harmonii. Co chwila grymas paczu skada t harmoni w tysic
poprzecznych fad, a zdziwienie rozciga j z powrotem, wygadza fady,
odsania szparki drobnych oczu i wilgotne dzisa z tymi zbami pod
ryjowat, misist warg. Mijaj godziny pene aru i nudy, podczas
ktrych Tuja gaworzy pgosem, drzemie, zrzdzi z cicha i chrzka.
Muchy obsiadaj nieruchom gstym rojem. Ale z naga ta caa kupa
brudnych gaganw, szmat i strzpw zaczyna porusza si, jakby oywiona
chrobotem lgncych si w niej szczurw. Muchy budz si sposzone i
podnosz wielkim, huczcym rojem, penym wciekego bzykania, byskw i
migota. I podczas gdy gagany zsypuj si na ziemi i rozbiegaj po
mietnisku jak sposzone szczury, wygrzebuje si z nich, odwija zwolna
jdro, wyuszcza si rdze mietniska: na wp naga i ciemna kretynka
dwiga si powoli i staje, podobna do boka pogaskiego, na krtkich
dziecinnych nkach, a z napczniaej napywem zoci szyi, z
poczerwieniaej, ciemniejcej od gniewu twarzy, na ktrej jak malowida
barbarzyskie wykwitaj arabeski nabrzmiaych y, wyrywa si wrzask
zwierzcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczaek
tej pzwierzcej-pboskiej piersi. Bodiaki, spalone socem, krzycz,
opuchy puchn i pyszni si bezwstydnym misem, chwasty lini si
byszczcym jadem, a kretynka, ochrypa od krzyku, w konwulsji dzikiej
uderza misistym onem z wciek zapalczywoci w pie bzu dzikiego,
ktry skrzypi cicho pod natarczywoci tej rozpustnej chuci, zaklinany
caym tym ndzarskim chrem do wynaturzonej, pogaskiej podnoci. Matka
Tui wynajmuje si gospodyniom do szorowania podg. Jest to maa, ta
jak szafran kobieta i szafranem zaprawia te podogi, jodowe stoy,
awy i szlabany, ktre w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadzia
mnie Adela do domu tej starej Maryki. Bya wczesna poranna godzina,
weszlimy do maej izby niebiesko bielonej, z ubit polep glinian na
pododze, na ktrej leao wczesne soce, jaskrawote w tej ciszy
porannej, odmierzanej przeraliwym szczkiem chopskiego zegara na
cianie. W skrzyni na somie leaa gupia Maryka, blada jak opatek i
cicha jak rkawiczka, z ktrej wysuna si do. I jakby korzystajc z
jej snu, gadaa cisza, ta, jaskrawa, za cisza, monologowaa, kcia
si, wygadywaa gono i ordynarnie swj maniacki monolog. Czas Maryki
- czas wiziony w jej duszy, wystpi z niej straszliwie rzeczywisty i
szed samopas przez izb, haaliwy, huczcy, piekielny, rosncy w
jaskrawym milczeniu poranka z gonego myna-zegara, jak za mka, sypka
mka, gupia mka wariatw.

3 W jednym z tych domkw, otoczonym sztachetami brzowej barwy, toncym
w bujnej zieleni ogrdka, mieszkaa ciotka Agata. Wchodzc do niej,
mijalimy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwice na tyczkach, rowe,
zielone i fioletowe, w ktrych zaklte byy cae wietlane i jasne
wiaty, jak te idealne i szczliwe obrazy zamknite w niedocigej
doskonaoci baniek mydlanych. W pciemnej sieni ze starymi
oleodrukami, poartymi przez ple i olepymi od staroci,
odnajdowalimy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni miecio si
w dziwnie prostej syntezie ycie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi
i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich
wasnego, odrbnego czasu. Stare, mdre drzwi, ktrych ciemne
westchnienia wpuszczay i wypuszczay tych ludzi, milczcy wiadkowie
wchodzenia i wychodzenia matki, crek i synw--otworzyy si bezgonie
jak odrzwia szafy i weszlimy w ich ycie. Siedzieli jakby w cieniu
swego losu i nie bronili si--w pierwszych niezrcznych gestach
wydalinam swoj tajemnic. Czy nie bylimy krwi i losem spokrewnieni z
nimi? Pokj by ciemny i aksamitny od granatowych obi ze zotym
deseniem, lecz echo dnia pomiennego drgao i tutaj jeszcze mosidzem na
ramach obrazw, na klamkach i listwach zotych, cho przepuszczone przez
gst ziele ogrodu. Spod ciany podniosa si ciotka Agata, wielka i
bujna, o misie okrgym i biaym, centkowanym rud rdz piegw.
Przysiedlimy si do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni troch
t bezbronnoci, z jak wydali si nam bez zastrzee, i pilimy wod z
sokiem ranym, napj przedziwny, w ktrym znalazem jakby najgbsz
esencj tej upalnej soboty. Ciotka narzekaa. By to zasadniczy ton jej
rozmw, gos tego misa biaego i podnego, bujajcego ju jakby poza
granicami osoby, zaledwie lunie utrzymywanej w skupieniu, w wizach
formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu ju zwielokrotnionej,
gotowej rozpa si, rozgazi, rozsypa w rodzin. Bya to podno
niemal samordcza, kobieco pozbawiona hamulcw i chorobliwie wybujaa.
Zdawao si, e sam aromat mskoci, zapach dymu tytoniowego, dowcip
kawalerski mg da impuls tej zaognionej kobiecoci do rozpustnego
dziewordztwa. I waciwie wszystkie jej skargi na ma, na sub, jej
troski o dzieci byy tylko kapryszeniem i dsaniem si nie zaspokojonej
podnoci, dalszym cigiem tej opryskliwej, gniewnej i paczliwej
kokieterii, ktr nadaremnie dowiadczaa ma. Wuj Marek, may,
zgarbiony, o twarzy wyjaowionej z pci, siedzia w swym szarym
bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w ktrym
zdawa si wypoczywa. W jego szarych oczach tli si daleki ar ogrodu,
rozpity w oknie. Czasem prbowa sabym ruchem robi jakie
zastrzeenia, stawia opr, ale fala samowystarczalnej kobiecoci
odrzucaa na bok ten gest bez znaczenia, przechodzia triumfalnie mimo
niego, zalewaa szerokim swym strumieniem sabe podrygi mskoci. Byo
co tragicznego w tej podnoci niechlujnej i nieumiarkowanej, bya
ndza kreatury walczcej na granicy nicoci i mierci, by jaki heroizm
kobiecoci triumfujcej urodzajnoci nawet nad kalectwem natury, nad
insuficjencj mczyzny. Ale potomstwo ukazywao racj tej paniki
macierzyskiej, tego szau rodzenia, ktry wyczerpywa si w podach
nieudanych, w efemerycznej generacji fantomw bez krwi i twarzy. Wesza
ucja, rednia, z gow nazbyt rozkwit i dojrza na dziecicym i
pulchnym ciele o misie biaym i delikatnym. Podaa mi rczk lalkowat,
jakby dopiero pczkujc, i zakwita od razu ca twarz, jak piwonia
przelewajca si peni row. Nieszczliwa z powodu swych rumiecw,
ktre bezwstydnie mwiy o sekretach menstruacji, przymykaa oczy i
ponia si jeszcze bardziej pod dotkniciem najobojtniejszego pytania,
gdy kade zawierao tajn aluzj do jej nadwraliwego paniestwa. Emil,
najstarszy z kuzynw, z jasnoblond wsem, z twarz, z ktrej ycie zmyo
jakby wszelki wyraz, spacerowa tam i z powrotem po pokoju, z rkami w
kieszeniach fadzistych spodni. Jego strj elegancki i drogocenny nosi
pitno egzotycznych krajw, z ktrych powrci. Jego twarz, zwida i
zmtniaa, zdawaa si z dnia na dzie zapomina o sobie, stawa si
bia pust cian z blad sieci yek, w ktrych jak linie na zatartej
mapie pltay si gasnce wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego
ycia. By mistrzem sztuk karcianych, pali dugie, szlachetne fajki i
pachnia dziwnie zapachem dalekich krajw. Z wzrokiem wdrujcym po
dawnych wspomnieniach opowiada dziwne anegdoty, ktre w pewnym punkcie
uryway si nagle, rozprzgay i rozwieway w nico. Wodziem za nim
tsknym wzrokiem, pragnc, by zwrci na mnie uwag i wybawi mnie z
udrki nudw. I w samej rzeczy zdawao mi si, e mrugn na mnie
oczyma, wychodzc do drugiego pokoju. Podyem za nim. Siedzia nisko
na maej kozetce, z kolanami krzyujcymi si niemal na wysokoci gowy,
ysej jak kula bilardowa. Zdawao si, e to ubranie samo ley,
fadziste, zmite, przerzucone przez fotel. Twarz jego bya jak
tchnienie twarzy--smuga, ktr nieznany przechodzie zostawi w
powietrzu. Trzyma w bladych, emaliowanych bkitnie doniach portfel, w
ktrym co oglda. Z mgy twarzy wyonio si z trudem wypuke bielmo
bladego oka, wabic mnie figlarnym mruganiem. Czuem do nieprzepart
sympati. Wzi mnie midzy kolana i tasujc przed mymi oczyma wprawnymi
domi fotografie, pokazywa wizerunki nagich kobiet i chopcw w
dziwnych pozycjach. Staem oparty o niego bokiem i patrzyem na te
delikatne ciaa ludzkie dalekimi, niewidzcymi oczyma, gdy fluid
niejasnego wzburzenia, ktrym nagle zmtniao powietrze, doszed do mnie
i zbieg mi dreszczem niepokoju, fal nagego zrozumienia. Ale
tymczasem ta mgieka umiechu, ktra si zarysowaa pod mikkim i
piknym jego wsem, zawizek podania, ktry napi si na jego
skroniach pulsujc y, natenie trzymajce przez chwil jego rysy w
skupieniu--upady z powrotem w nico i twarz odesza w nieobecno,
zapomniaa o sobie, rozwiaa si,

NAWIEDZENIE 1 Ju wwczas miasto nasze popadao coraz bardziej w
chroniczn szaro zmierzchu, porastao na krawdziach liszajem cienia,
puszyst pleni i mchem koloru elaza. Ledwo rozpowity z brunatnych
dymw i mgie poranka--przechyla si dzie od razu w niskie
bursztynowe popoudnie, stawa si przez chwil przezroczysty i zoty
jak ciemne piwo, aeby potem zej pod wielokrotnie rozczonkowane,
fantastyczne sklepienia kolorowych i rozlegych nocy. Mieszkalimy w
rynku, w jednym z tych ciemnych domw o pustych i lepych fasadach,
ktre tak trudno od siebie odrni. Daje to powd do cigych omyek.
Gdy wszedszy raz w niewaciw sie na niewaciwe schody, dostawao
si zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszka, gankw,
niespodzianych wyj na obce podwrza i zapominao si o pocztkowym
celu wyprawy, aeby po wielu dniach, wracajc z manowcw dziwnych i
spltanych przygd, o jakim szarym wicie przypomnie sobie wrd
wyrzutw sumienia dom rodzinny. Pene wielkich szaf, gbokich kanap,
bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz
bardziej popadao w stan zaniedbania wskutek opieszaoci matki,
przesiadujcej w sklepie, i niedbalstwa smukonogiej Adeli, ktra nie
nadzorowana przez nikogo, spdzaa dnie przed lustrami na rozwlekej
toalecie, zostawiajc wszdzie lady w postaci wyczesanych wosw,
grzebieni, porzuconych pantofelkw i gorsetw. Mieszkanie to nie
posiadao okrelonej liczby pokojw, gdy nie pamitano, ile z nich
wynajte byo obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem ktr z
tych izb zapomnianych i znajdowano j pust; lokator dawno si
wyprowadzi, a w nietknitych od miesicy szufladach dokonywano
niespodzianych odkry. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w
nocy budziy nas ich jki, wydawane pod wpywem zmory sennej. W zimie
bya jeszcze na dworze gucha noc, gdy ojciec schodzi do tych zimnych i
ciemnych pokojw, poszc przed sob wiec stada cieni, ulatujcych
bokami po pododze i cianach; szed budzi ciko chrapicych z
twardego jak kamie snu. W wietle pozostawionej przeze wiecy wywijali
si leniwie z brudnej pocieli, wystawiali, siadajc na kach, bose i
brzydkie nogi i z skarpetk w rce oddawali si jeszcze przez chwil
rozkoszy ziewania--ziewania przecignitego a do lubienoci, do
bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tgich wymiotach. W ktach
siedziay nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione wasnym cieniem,
ktrym obarczaa kadego ponca wieca i ktry nie odcza si od nich
i wwczas, gdy ktry z tych paskich, bezgowych kadubw z naga
zaczyna biec niesamowitym, pajczym biegiem. W tym czasie ojciec mj
zacz zapada na zdrowiu. Bywao ju w pierwszych tygodniach tej
wczesnej zimy, e spdza dnie cae w ku, otoczony flaszkami,
pigukami i ksigami handlowymi, ktre mu przynoszono z kontuaru. Gorzki
zapach choroby osiada na dnie pokoju, ktrego tapety gstwiay
ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodzia ze
sklepu, bywa podniecony i skonny do sprzeczek, zarzuca jej
niedokadnoci w prowadzeniu rachunkw, dostawa wypiekw i zapala si
do niepoczytalnoci. Pamitam, i raz, obudziwszy si ze snu pno w
nocy, ujrzaem go, jak w koszuli i boso biega tam i z powrotem po
skrzanej kanapie, dokumentujc w ten sposb sw irytacj przed bezradn
matk. W inne dni bywa spokojny i skupiony i pogra si zupenie w
swych ksigach, zabkany gboko w labiryntach zawiych oblicze. Widz
go w wietle kopccej lampy, przykucnitego wrd poduszek, pod wielkim
rzebionym nadgowiem ka, z ogromnym cieniem od gowy na cianie,
kiwajcego si w bezgonej medytacji. Chwilami wynurza gow z tych
rachunkw, jakby dla zaczerpnicia tchu, otwiera usta, mlaska z
niesmakiem jzykiem, ktry by suchy i gorzki, i rozglda si
bezradnie, jakby czego szukajc. Wwczas bywao, e zbiega po cichu z
ka w kt pokoju, pod cian, na ktrej wisia zaufany instrument. By
to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na
uncje i napenionej ciemnym fluidem. Mj ojciec czy si z tym
instrumentem dug kiszk gumow, jakby krt, bolesn ppowin, i tak
poczony z aosnym przyrzdem--nieruchomia w skupieniu, a oczy jego
ciemniay, za na twarz przyblad wystpowa wyraz cierpienia czy
jakiej wystpnej rozkoszy. Potem znw przychodziy dni cichej skupionej
pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedzia w wietle
lampy stoowej, wrd poduszek wielkiego oa, a pokj ogromnia gr w
cieniu umbry, ktry go czy z wielkim ywioem nocy miejskiej za oknem
- czu, nie patrzc, e przestrze obrasta go pulsujc gstwin tapet,
pen szeptw, sykw i seplenie. Sysza, nie patrzc, t zmow pen
porozumiewawczych mrugni perskich oczu, rozwijajcych si wrd
kwiatw maowin usznych, ktre suchay, i ciemnych ust, ktre si
umiechay. Wwczas pogra si pozornie jeszcze bardziej w prac,
liczy i sumowa, bojc si zdradzi ten gniew, ktry w nim wzbiera, i
walczc z pokus, eby z nagym krzykiem nie rzuci si na olep za
siebie i nie pochwyci penych garci tych kdzierzawych arabesek, tych
pkw oczu i uszu, ktre noc wyroia ze siebie i ktre rosy i
zwielokrotniay si, wymajaczajc coraz nowe pdy i odnogi z
macierzystego ppka ciemnoci. I uspokaja si dopiero, gdy z odpywem
nocy tapety widy, zwijay si, gubiy licie i kwiaty i przerzedzay
si jesiennie, przepuszczajc dalekie witanie. Wtedy wrd wiergotu
tapetowych ptakw, w tym zimowym wicie zasypia na par godzin
gstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawa si by pogronym
w zawiych konto-korrentach--myl jego zapuszczaa si tajnie w
labirynty wasnych wntrznoci. Wstrzymywa oddech i nasuchiwa. I gdy
wzrok jego wraca zbielay i mtny z tamtych gbin, uspokaja go
umiechem. Nie wierzy jeszcze i odrzuca jak absurd te uroszczenia, te
propozycje, ktre na napieray. Za dnia byy to jakby rozumowania i
perswazje, dugie, monotonne rozwaania prowadzone pgosem i pene
humorystycznych interiudiw, filuternych przekomarza. Ale noc
podnosiy si te gosy namitniej. danie wracao coraz wyraniej i
doniosej i syszelimy, jak rozmawia z Bogiem, proszc si jak gdyby i
wzbraniajc przed czym, co natarczywie dao i domagao si. A pewnej
nocy podnis si ten gos gronie i nieodparcie, dajc, aby mu da
wiadectwo usty i wntrznociami swymi. I usyszelimy, jak duch we
wstpi, jak podnosi si z ka, dugi i rosncy gniewem proroczym,
dawic si haaliwymi sowy, ktre wyrzuca jak mitralieza.
Syszelimy omot walki i jk ojca, jk tytana ze zamanym biodrem,
ktry jeszcze urga. Nie widziaem nigdy prorokw Starego Testamentu,
ale na widok tego ma, ktrego gniew boy obali, rozkraczonego szeroko
na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmur
rozpaczliwych amacw, nad ktrymi wyej jeszcze unosi si gos jego,
obcy i twardy--zrozumiaem gniew boy witych mw. By to dialog
grony jak mowa piorunw. amace rak jego rozryway niebo na sztuki, a
w szczelinach ukazywaa si twarz Jehowy, wzdta gniewem i plujca
przeklestwa. Nie patrzc widziaem go, gronego Demiurga, jak lec na
ciemnociach jak na Synaju, wsparszy potne donie na karniszu
firanek, przykada ogromn twarz do grnych szyb okna, na ktrych
paszczy si potwornie misisty nos jego. Syszaem jego gos w
przerwach proroczej tyrady mego ojca, syszaem te potne warknicia
wzdtych warg, od ktrych szyby brzczay, mieszajce si z wybuchami
zakl, lamentw, grb mego ojca. Czasami gosy przycichay i zymay
si z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchay
wielkim zgiekliwym haasem, burz zmieszanych szlochw i przeklestw. Z
naga otworzyo si okno ciemnym ziewniciem i pachta ciemnoci wiona
przez pokj. W wietle byskawicy ujrzaem ojca mego w rozwianej
bielinie, jak ze straszliwym przeklestwem wylewa potnym chlustem w
okno zawarto nocnika w noc szumic jak muszla. 2 Mj ojciec powoli
zanika, wid w oczach. Przykucnity pod wielkimi poduszkami, dziko
nastroszony kpami siwych wosw, rozmawia z sob pgosem, pogrony
cay w jakie zawie wewntrzne afery. Zdawa si mogo, e osobowo
jego rozpada si na wiele pokconych i rozbienych jani, gdy kci
si ze sob gono, pertraktowa usilnie i namitnie, przekonywa i
prosi, to znowu zdawa si przewodniczy zgromadzeniu wielu
interesantw, ktrych usiowa z caym nakadem arliwoci i swady
pogodzi. Ale za kadym razem te haaliwe zebrania, pene gorcych
temperamentw, rozpryskiway si przy kocu, wrd kltw, zorzecze i
obelg. Potem przyszed okres jakiego uciszenia, ukojenia wewntrznego,
bogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozoone byy na ku, na
stole, na pododze i jaki benedyktyski spokj pracy zalega w wietle
lampy nad bia pociel ka, nad pochylon siw gow mego ojca. Ale
gdy matka pnym wieczorem wracaa ze sklepu, ojciec oywia si,
przywoywa j do siebie i z dum pokazywa jej wietne, kolorowe
odbijanki, ktrymi skrztnie wylepi stronice ksigi gwnej.
Zauwaylimy wwczas wszyscy, e ojciec zacz z dnia na dzie male jak
orzech, ktry zsycha si wewntrz upiny. Zanikowi temu nie towarzyszy
bynajmniej upadek si. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwo
zdaway si poprawia. Czsto mia si teraz gono i szczebiotliwie,
zanosi si wprost od miechu, albo te puka w ko i odpowiada sobie
prosz w rnych tonacjach, caymi godzinami. Od czasu do czasu zazi
z ka, wspina si na szaf i przykucnity pod sufitem porzdkowa co
w starych gratach, penych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawia sobie dwa
krzesa naprzeciw siebie i wspierajc si rkami o porcze, buja si
nogami wstecz i naprzd, szukajc rozpromienionymi oczyma w naszych
twarzach wyrazw podziwu i zachty. Z Bogiem, zdaje si, pogodzi si
zupenie. Niekiedy w nocy ukazywaa si twarz brodatego Demiurga w oknie
sypialni, oblana ciemn purpur bengalskiego wiata, i patrzya przez
chwil dobrotliwie na upionego gboko, ktrego piewne chrapanie
zdawao si wdrowa daleko po nieznanych obszarach wiatw sennych.
Podczas dugich, pciemnych popoudni tej pnej zimy ojciec mj
zapada od czasu do czasu na cae godziny w gsto zastawione gratami
zakamarki, szukajc czego zawzicie. I nieraz bywao podczas obiadu,
gdy zasiadalimy wszyscy do stou, brako ojca. Wwczas matka musiaa
dugo woa Jakubie! i stuka yk w st, zanim wylaz z jakiej
szafy, oblepiony szmatami pajczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i
pogronym w zawiych, a jemu tylko wiadomych sprawach, ktre go
zaprztay. Czasem wdrapywa si na karnisz i przybiera nieruchom poz
symetrycznie do wielkiego wypchanego spa, ktry po drugiej stronie okna
zawieszony by na cianie. W tej nieruchomej, przykucnitej pozie, z
wzrokiem zamglonym i z min chytrze umiechnit trwa godzinami, aeby
z naga przy czyim wejciu zatrzepota rkoma jak skrzydami i zapia
jak kogut. Przestalimy zwraca uwag na te dziwactwa, w ktre si z
dnia na dzie gbiej wpltywa. Wyzbyty jakby zupenie cielesnych
potrzeb, nie przyjmujc tygodniami pokarmu, pogra si z dniem kadym
gbiej w zawie i dziwaczne afery, dla ktrych nie mielimy
zrozumienia. Niedosigy dla naszych perswazji i prb, odpowiada
urywkami swego wewntrznego monologu, ktrego przebiegu nic z zewntrz
zmci nie mogo. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie oywiony, z
wypiekami na suchych policzkach nie zauwaa nas i przeocza.
Przywyklimy do jego nieszkodliwej obecnoci, do jego cichego
gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego wiegotu, ktrego
trele przebiegay niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy ju znika
niekiedy na wiele dni, podziewa si gdzie w zapadych zakamarkach
mieszkania i nie mona go byo znale. Stopniowo te zniknicia
przestay sprawia na nas wraenie, przywyklimy do nich i kiedy po
wielu dniach znw si pojawia, o par cali mniejszy i chudszy, nie
zatrzymywao to na duej naszej uwagi. Przestalimy po prostu bra go w
rachub, tak bardzo oddali si od wszystkiego, co ludzkie i co
rzeczywiste. Wze po wle odlunia si od nas, punkt po punkcie gubi
zwizki czce go ze wsplnot ludzk. To, co jeszcze z niego
pozostao, to troch cielesnej powoki i ta gar bezsensownych dziwactw
- mogy znikn pewnego dnia, tak samo nie zauwaone jak szara kupka
mieci, gromadzca si w kcie, ktr Adela co dzie wynosia na
mietnik.

PTAKI Nadeszy te, pene nudy dni zimowe. Zrudzia ziemi pokrywa
dziurawy, przetarty, za krtki obrus niegu. Na wiele dachw nie
starczyo go i stay czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjce
w sobie zakopcone przestrzenie strychw--czarne, zwglone katedry,
najeone ebrami krokwi, patwi i bantw--ciemne puca wichrw
zimowych. Kady wit odkrywa nowe kominy i dymniki, wyrose w nocy,
wydte przez wicher nocny, czarne piszczaki organw diabelskich.
Kominiarze nie mogli opdzi si od wron, ktre na ksztat ywych
czarnych lici obsiaday wieczorem gazie drzew pod kocioem, odryway
si znw, trzepocc, by wreszcie przylgn, kada do waciwego miejsca
na waciwej gazi, a o wicie ulatyway wielkimi stadami--tumany
sadzy, patki kopciu, falujce i fantastyczne, plamic migotliwym
krakaniem mtnote smugi witu. Dni stwardniay od zimna i nudy, jak
zeszoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tpymi noami, bez apetytu,
z leniw sennoci. Ojciec nie wychodzi ju z domu. Pali w piecach,
studiowa nigdy niezgbion istot ognia, wyczuwa sony, metaliczny
posmak i wdzony zapach zimowych pomieni, chodn pieszczot
salamander, licych byszczc sadz w gardzieli komina. Z zamiowaniem
wykonywa w owych dniach wszystkie reparatury w grnych regionach
pokoju. O kadej porze dnia mona go byo widzie, jak--przykucnity na
szczycie drabiny--majstrowa co przy suficie, przy kamiszach wysokich
okien, przy kulach i acuchach lamp wiszcych. Zwyczajem malarzy
posugiwa si drabin jak ogromnymi szczudami i czu si dobrze w tej
ptasiej perspektywie, w pobliu malowanego nieba, arabesek i ptakw
sufitu. Od spraw praktycznego ycia oddala si coraz bardziej. Gdy
matka, pena troski i zmartwienia z powodu jego stanu, staraa si go
wcign w rozmow o interesach, o patnociach najbliszego ultimo,
sucha jej z roztargnieniem, peen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej
twarzy. I bywao, e przerywa jej nagle zaklinajcym gestem rki, aeby
pobiec w kt pokoju, przylgn uchem do szpary w pododze i z
podniesionymi palcami wskazujcymi obu rk, wyraajcymi najwysz
wano badania--nasuchiwa. Nie rozumielimy wwczas jeszcze smutnego
ta tych ekstrawagancji, opakanego kompleksu, ktry dojrzewa w gbi.
Matka nie miaa na adnego wpywu, natomiast wielk czci i uwag
darzy Adel. Sprztanie pokoju byo dla wielk i wan ceremoni,
ktrej nie zaniedbywa nigdy by wiadkiem, ledzc z mieszanin strachu
i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej
czynnociom przypisywa gbsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna
modymi i miaymi ruchami posuwaa szczotk na dugim drku po
pododze, byo to niemal ponad jego siy. Z oczu jego lay si wwczas
zy, twarz zanosia si od cichego miechu, a ciaem wstrzsa rozkoszny
spazm orgazmu. Jego wraliwo na askotki dochodzia do szalestwa.
Wystarczyo, by Adela skierowaa do palec ruchem oznaczajcym
askotanie, a ju w dzikim popochu ucieka przez wszystkie pokoje,
zatrzaskujc za sob drzwi, by wreszcie w ostatnim pa brzuchem na
ko i wi si w konwulsjach miechu pod wpywem samego obrazu
wewntrznego, ktremu nie mg si oprze. Dziki temu miaa Adela nad
ojcem wadz niemal nieograniczon. W tym to czasie zauwaylimy u ojca
po raz pierwszy namitne zainteresowanie dla zwierzt. Bya to
pocztkowo namitno myliwego i artysty zarazem, bya moe take
gbsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych
form ycia, eksperymentowanie w nie wyprbowanych rejestrach bytu.
Dopiero w pniejszej fazie wzia sprawa ten niesamowity, zapltany,
gboko grzeszny i przeciwny naturze obrt, ktrego lepiej nie wywleka
na wiato dzienne. Zaczo si to od wylgania jaj ptasich. Z wielkim
nakadem trudu i pienidzy sprowadza ojciec z Hamburga, z Holandii, z
afrykaskich stacji zoologicznych zapodnione jaja ptasie, ktre dawa
do wylgania ogromnym kurom belgijskim. By to proceder nader zajmujcy
i dla mnie--to wykluwanie si pisklt, prawdziwych dziwotworw w
ksztacie i ubarwieniu. Nie podobna byo dopatrzy si w tych monstrach
o ogromnych, fantastycznych dziobach, ktre natychmiast po urodzeniu
rozdzieray si szeroko, syczc arocznie czeluciami garda, w tych
jaszczurach o wtym, nagim ciele garbusw--przyszych pawi, baantw,
guszcw i kondorw. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot
podnosi na cienkich szyjach lepe, bielmem zarosle gowy, kwaczc
bezgonie z niemych gardzieli. Mj ojciec chodzi wzdu pek w
zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdu inspektw z kaktusami, i wywabia
z nicoci te pcherze lepe, pulsujce yciem, te niedone brzuchy,
przyjmujce wiat zewntrzny tylko w formie jedzenia, te narole ycia,
pnce si omackiem ku wiatu. W par tygodni pniej, gdy te lepe
pczki ycia pky do wiata, napeniy si pokoje kolorowym pogwarem,
migotliwym wiergotem swych nowych mieszkacw. Obsiaday one karnisze
firanek, gzymsy szaf, gniedziy si w gstwinie cynowych gazi i
arabesek wieloramiennych lamp wiszcych. Gdy ojciec studiowa wielkie
ornitologiczne kompendia i wertowa kolorowe tablice, zdaway si
ulatywa z nich te pierzaste fantazmaty i napenia pokj kolorowym
trzepotem, patami purpury, strzpami szafiru, grynszpanu i srebra.
Podczas karmienia tworzyy one na pododze barwn, falujc grzdk,
dywan ywy, ktry za czyim niebacznym wejciem rozpada si, rozlatywa
w ruchome kwiaty, trzepocce w powietrzu, aby w kocu rozmieci si w
grnych regionach pokoju. W pamici pozosta mi szczeglnie jeden
kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujaej
narolami. By to chudy asceta, lama buddyjski, peen niewzruszonej
godnoci w caym zachowaniu, kierujcy si elaznym ceremoniaem swego
wielkiego rodu. Gdy siedzia naprzeciw ojca, nieruchomy w swej
monumentalnej pozycji odwiecznych bstw egipskich, z okiem zawleczonym
biaawym bielmem, ktre zasuwa z boku na renice, aeby zamkn si
zupenie w kontemplacji swej dostojnej samotnoci--wydawa si ze swym
kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciaa,
cigien i pomarszczonej twardej skry, ta sama twarz wyscha i
kocista, te same zrogowaciae, gbokie oczodoy. Nawet rce, silne w
wzach, dugie, chude donie ojca, z wypukymi paznokciami, miay swj
analogon w szponach kondora. Nie mogem si oprze wraeniu, widzc go
tak upionego, e mam przed sob mumi--wysch i dlatego pomniejszon
mumi mego ojca. Sdz, e i uwagi matki nie uszo to przedziwne
podobiestwo, chocia nigdy nie poruszalimy tego tematu.
Charakterystyczne jest, e kondor uywa wsplnego z moim ojcem naczynia
nocnego. Nie poprzestajc na wylganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec
mj urzdza na strychu wesela ptasie, wysya swatw, uwizywa w
lukach i dziurach strychu pontne, stsknione narzeczone i osign w
samej rzeczy to, e dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,
sta si prawdziw gospod ptasi, ark Noego, do ktrej zlatyway si
wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet dugo po
zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywaa si w wiecie ptasim ta
tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wdrwek spaday nieraz na
nasz dach cae chmary urawi, pelikanw, pawi i wszelkiego ptactwa.
Impreza ta wzia jednak niebawem--po krtkiej wietnoci--smutny
obrt. Wkrtce okazaa si bowiem konieczna translokacja ojca do dwch
pokojw na poddaszu, ktre suyy za rupieciarnie. Stamtd dochodzi
ju o wczesnym wicie zmieszany klangor gosw ptasich. Drewniane puda
pokojw na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,
dwiczay cae od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak
stracilimy ojca z widoku na przecig kilku tygodni. Rzadko tylko
schodzi do mieszkania i wtedy moglimy zauway, e zmniejszy si
jakoby, schud i skurczy. Niekiedy przez zapomnienie zrywa si z
krzesa przy stole i trzepic rkoma jak skrzydami, wydawa pianie
przecige, a oczy zachodziy mu mg bielma. Potem, zawstydzony, mia
si razem z nami i stara si ten incydent obrci w art. Pewnego razu
w okresie generalnych porzdkw zjawia si niespodzianie Adela w
pastwie ptasim ojca. Stanwszy we drzwiach, zaamaa rce nad fetorem,
ktry si unosi w powietrzu, oraz nad kupami kau, zalegajcego
podogi, stoy i meble. Szybko zdecydowana otworzya okno, po czym przy
pomocy dugiej szczotki wprawia ca mas ptasi w wirowanie. Wzbi si
piekielny tuman pir, skrzyde i krzyku, w ktrym Adela, podobna do
szalejcej Menady, zakrytej mycem swego tyrsu, taczya taniec
zniszczenia. Razem z ptasi gromad ojciec mj, trzepic rkoma, w
przeraeniu prbowa wznie si w powietrze. Zwolna przerzedza si
tuman skrzydlaty, a w kocu na pobojowisku zostaa sama Adela,
wyczerpana, dyszca, oraz mj ojciec z min zafrasowan i zawstydzon,
gotw do przyjcia kadej kapitulacji. W chwil pniej schodzi mj
ojciec ze schodw swojego dominium--czowiek zamany, krl-banita,
ktry straci tron i krlowanie.

MANEKINY Ta ptasia impreza mego ojca bya ostatnim wybuchem kolorowoci,
ostatnim i wietnym kontrmarszem fantazji, ktry ten niepoprawny
improwizator, ten fechtmistrz wyobrani poprowadzi na szace i okopy
jaowej i pustej zimy. Dzi dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z
jakim sam jeden wyda on wojn bezbrzenemu ywioowi nudy drtwicej
miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony
broni ten m przedziwny straconej sprawy poezji. By on cudownym
mynem, w ktrego leje sypay si otrby pustych godzin, aeby w jego
trybach zakwitn wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale
przywykli do wietnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,
bylimy skonni zapoznawa warto jego suwerennej magii, ktra nas
ratowaa od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotka aden wyrzut
za jej bezmylny i tpy wandalizm. Przeciwnie, czulimy jakie niskie
zadowolenie, haniebn satysfakcj z ukrcenia tych wybujaoci, ktrych
kosztowalimy akomie do syta, aeby potem uchyli si perfidnie od
odpowiedzialnoci za nie. A moe by w tej zdradzie i tajny pokon w
stron zwyciskiej Adeli, ktrej przypisywalimy niejasno jak misje i
posannictwo si wyszego rzdu. Zdradzony przez wszystkich, wycofa si
ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chway. Bez skrzyowania szpad
odda w rce wroga domen swej byej wietnoci. Dobrowolny banita
usun si do pustego pokoju na kocu sieni i oszacowa si tam
samotnoci. Zapomnielimy o nim. Obiega nas znowu ze wszech stron
aobna szaro miasta, zakwitajc w oknach ciemnym liszajem witw,
pasoytniczym grzybem zmierzchw, rozrastajcym si w puszyste futro
dugich nocy zimowych. Tapety pokojw, rozlunione bogo za tamtych dni
i otwarte dla kolorowych lotw owej skrzydlatej czeredy, zamkny si
znw w sobie, zgstniay plczc si w monotonii gorzkich monologw.
Lampy poczerniay i zwidy jak stare osty i bodiaki. Wisiay teraz
osowiae i zgryliwe, dzwonic cicho krysztakami szkieek, gdy kto
przeprawia si omackiem przez zmierzch pokoju. Na prno wetkna Adela
we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe wiece, nieudolny surogat, blade
wspomnienie wietnych iluminacji, ktrymi kwity niedawno wiszce ich
ogrody. Ach! gdzie byo to wiegotliwe pczkowanie, to owocowanie
popieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z ktrych jak z
pkajcych czarodziejskich tortw ulatyway skrzydlate fantazmaty,
rozbijajce powietrze na talie kart magicznych, rozsypujc je w kolorowe
oklaski, sypice si gstymi uskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,
metalicznych poyskw, rysujc w powietrzu linie i arabeski, migotliwe
lady lotw i koowa, rozwijajc kolorowe wachlarze trzepotw,
utrzymujce si dugo po przelocie w bogatej i byskotliwej atmosferze,
Jeszcze teraz kryy si w gbi zszarzaej aury echa i moliwoci
barwnych rozbyskw, lecz nikt nie nawierca fletem, nie dowiadcza
widrem zmtniaych sojw powietrznych. Tygodnie te stay pod znakiem
dziwnej sennoci. ka cay dzie nie zacielone, zawalone pociel
zmit i wytarzan od cikich snw, stay jak gbokie odzie gotowe do
odpywu w mokre i zawie labirynty jakiej czarnej, bezgwiezdnej
Wenecji. O guchym wicie Adela przynosia nam kaw. Ubieralimy si
leniwie w zimnych pokojach, przy wietle wiecy odbitej wielokrotnie w
czar-nych szybach okien. Poranki te byy pene bezadnego krztania si,
rozwlekego szukania w rnych szufladach i szafach. Po caym mieszkaniu
sycha byo kapanie pantofelkw Adeli. Subiekci zapalali latarnie,
brali z rk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gst, wirujc
ciemno. Matka nie moga doj do adu z toalet. wiece dogasay w
lichtarzu. Adela przepadaa gdzie w odlegych pokojach lub na strychu,
gdzie rozwieszaa bielizn. Nie mona jej si byo dowoa. Mody
jeszcze, mtny i brudny ogie w piecu liza zimne, byszczce narole
sadzy w gardzieli komina. wieca gasa, pokj pogra si w ciemnoci.
Z gowami na obrusie stou, wrd resztek niadania zasypialimy na wp
ubrani. Lec twarzami na futrzanym brzuchu ciemnoci, odpywalimy na
jego falistym oddechu w bezgwiezdn nico. Budzio nas gone
sprztanie Adeli. Matka nie moga upora si z toalet. Nim skoczya
czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybiera kolor
zotawego dymu. Przez chwil z tych dymnych miodw, z tych mtnych
bursztynw mogy si rozpowi kolory najpikniejszego popoudnia. Ale
szczliwy moment mija, amalgamat witu przekwita, wezbrany ferment
dnia, ju niemal docigy, opada z powrotem w bezsiln szaro.
Zasiadalimy do stou, subiekci zacierali czerwone z zimna rce i nagle
proza ich rozmw sprowadzaa od razu peny dzie, szary i pusty wtorek,
dzie bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawia si na stole pmisek
z ryb w szklistej galarecie, dwie due ryby lece bok przy boku, gow
do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawalimy w nich herb owego dnia,
emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieralimy go
pospiesznie midzy siebie, peni ulgi, e dzie odzyska w nim sw
fizjonomi. Subiekci spoywali go z namaszczeniem, z powag
kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodzi si po pokoju. A gdy
wytarli buk ostatek galarety ze swych talerzy, rozwaajc w myli
heraldyk nastpnych dni tygodnia, i na pmisku zostaway tylko gowy z
wygotowanymi oczyma--czulimy wszyscy, e dzie zosta wsplnymi siami
pokonany i e reszta nie wchodzia ju w rachub. W samej rzeczy z
reszt t, wydan na jej ask, Adela nie robia sobie dugich
ceregieli. Wrd brzku garnkw i chlustw zimnej wody likwidowaa z
energi tych par godzin do zmierzchu, ktre matka przesypiaa na
otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano ju sceneri wieczoru.
Polda i Paulina, dziewczta do szycia, rozgospodarowyway si w niej z
rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodzia do pokoju
milczca, nieruchoma pani, dama z kakw i ptna, z czarn drewnian
gak zamiast gowy. Ale ustawiona w kcie, midzy drzwiami a piecem, ta
cicha dama stawaa si pani sytuacji. Ze swego kta, stojc nieruchomo,
nadzorowaa w milczeniu prac dziewczt. Pena krytycyzmu i nieaski
przyjmowaa ich starania i umizgi, z jakimi przyklkay przed ni,
przymierzajc fragmenty sukni, znaczone bia fastryg. Obsugiway z
uwag i cierpliwoci milczcy idol, ktrego nic zadowoli nie mogo.
Ten moloch by nieubagany, jak tylko kobiece molochy by potrafi, i
odsya je wci na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smuke,
podobne do szpuli drewnianych, z ktrych odwijay si nici, i tak
ruchliwe jak one, manipuloway zgrabnymi ruchami nad t kup jedwabiu i
sukna, wcinay si szczkajcymi noycami w jej kolorow mas, furkotay
maszyn, depcc peda lakierkow, tani nk, a dookoa nich rosa kupa
odpadkw, rnokolorowych strzpw i szmatek, jak wyplute uski i plewy
dookoa dwch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczki noyc
otwieray si ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptakw.
Dziewczta deptay nieuwanie po barwnych obrzynkach, brodzc
niewiadomie niby w mietniku moliwego jakiego karnawau, w rupieciami
jakiej wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepyway si ze
szmatek z nerwowym miechem, askotay oczyma zwierciada. Ich dusze,
szybkie czarodziejstwo ich rk byo nie w nudnych sukniach, ktre
zostaway na stole, ale w tych setkach odstrzygni, w tych wirach
lekkomylnych i pochych, ktrymi zasypa mogy cale miasto, jak
kolorow fantastyczn nieyc. Nagle byo im gorco i otwieray okno,
aeby w niecierpliwoci swej samotni, w godzie obcych twarzy,
przynajmniej bezimienn twarz zobaczy, do okna przycinit. Wachloway
rozpalone swe policzki przed wzbierajc firankami noc zimow--
odsaniay ponce dekolty, pene nienawici do siebie i rywalizacji,
gotowe stan do walki o tego pierrota, ktrego by ciemny powiew nocy
przywia na okno. Ach! jak mao wymagay one od rzeczywistoci. Miay
wszystko w sobie, miay nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byby im
wystarczy pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa sowa, na ktre od
dawna czekay, by mc wpa w sw rol dawno przygotowan, z dawna
toczc si na usta, pen sodkiej i strasznej goryczy, ponoszc
dziko, jak stronice romansu poykane noc wraz ze zami ronionymi na
wypieki lic. Podczas jednej ze swych wdrwek wieczornych po mieszkaniu,
przedsibranych pod nieobecno Adeli, natkn si mj ojciec na ten
cichy seans wieczorny. Przez chwil sta w ciemnych drzwiach przylegego
pokoju, z lamp w rku, oczarowany scen pen gorczki i wypiekw, t
idyll z pudru, kolorowej bibuki i atropiny, ktrej jako to pene
znaczenia podoona bya noc zimowa, oddychajca wrd wzdtych firanek
okna. Nakadajc okulary, zbliy si w paru krokach i obszed dookoa
dziewczta, owiecajc je podniesion w rku lamp. Przecig z otwartych
drzwi podnis firanki u okna, panienki daway si oglda, krcc si w
biodrach, polniewajc emali oczu, lakiem skrzypicych pantofelkw,
sprzczkami podwizek pod wzdt od wiatru sukienk; szmatki jy umyka
po pododze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec
mj przyglda si uwanie prychajcym osbkom, szepcc pgosem:--
Genus avium... jeli si nie myl, scansores albo pistacci... w
najwyszym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stao si
pocztkiem caej serii seansw, podczas ktrych ojciec mj zdoa rycho
oczarowa obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistoci. Odpacajc
si za pen galanterii i dowcipu konwersacj, ktr zapenia im pustk
wieczorw--dziewczta pozwalay zapalonemu badaczowi studiowa
struktur swych szczupych i tandetnych ciaek. Dziao si to w toku
konwersacji, z powag i wytwornoci, ktra najryzykowniejszym punktom
tych bada odbieraa dwuznaczny ich pozr. Odsuwajc poczoszk z kolana
Pauliny i studiujc rozmiowanymi oczyma zwiz i szlachetn
konstrukcj przegubu, ojciec mj mwi:--Jake pena uroku i jak
szczliwa jest forma bytu, ktr panie obray. Jake pikna i prosta
jest teza, ktr dano wam swym yciem ujawni. Lecz za to z jakim
mistrzostwem, z jak finezj wywizuj si panie z tego zadania. Gdybym
odrzucajc respekt przed Stwrc, chcia si zabawi w krytyk
stworzenia, woabym:--mniej treci, wicej formy! Ach, jakby uly
wiatu ten ubytek treci. Wicej skromnoci w zamierzeniach, wicej
wstrzemiliwoci w pretensjach--panowie demiurdzy--a wiat byby
doskonalszy!--woa mj ojciec akurat w momencie, gdy do jego
wyuskiwaa bia ydk Pauliny z uwizi poczoszki. W tej chwili Adela
stana w otwartych drzwiach jadalni, niosc tac z podwieczorkiem. Byo
to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potg od czasu wielkiej rozprawy.
My wszyscy, ktrzy asystowalimy przy tym spotkaniu, przeylimy chwil
wielkiej trwogi. Byo nam nadwyraz przykro by wiadkami nowego
upokorzenia i tak ju ciko dowiadczonego ma. Mj ojciec powsta z
klczek bardzo zmieszany, fal po fali zabarwiaa si jego twarz coraz
ciemniej napywem wstydu. Ale Adela znalaza si niespodzianie na
wysokoci sytuacji. Podesza z umiechem do ojca i daa mu prztyczka w
nos. Na to haso Polda i Paulina klasny rado-nie w donie, zatupotay
nkami i uwiesiwszy si z obu stron u ramion ojca, obtaczyy z nim
st dookoa. W ten sposb, dziki dobremu sercu dziewczt, rozwia si
zarodek przykrego konfliktu w oglnej wesooci. Oto jest pocztek
wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, ktre mj ojciec, natchniony
urokiem tego maego i niewinnego audytorium, odbywa w nastpnych
tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetkniciu z
niezwykym tym czowiekiem rzeczy wszystkie cofay si niejako do
korzenia swego bytu, odbudowyway swe zjawisko a do metafizycznego
jdra, wracay niejako do pierwotnej idei, aeby w tym punkcie
sprzeniewierzy si jej i przechyli w te wtpliwe, ryzykowne i
dwuznaczne regiony, ktre nazwiemy tu krtko regionami wielkiej herezji.
Nasz herezjarcha szed wrd rzeczy jak magnetyzer, zaraajc je i
uwodzc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwa i Paulin jego
ofiar? Staa si ona w owych dniach jego uczennic, adeptk jego
teoryj, modelem jego eksperymentw. Tutaj postaram si wyoy z
naleyt ostronoci, i unikajc zgorszenia, t nader kacersk
doktryn, ktra optaa wwczas na dugie miesice mego ojca i opanowaa
wszystkie jego poczynania.

TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTRA KSIGA RODZAJU Demiurgos--mwi mj
ojciec--nie posiad monopolu na tworzenie--tworzenie jest przywilejem
wszystkich duchw. Materii dana jest nieskoczona podno,
niewyczerpana moc yciowa i zarazem uwodna sia pokusy, ktra nas nci
do formowania. W gbi materii ksztatuj si niewyrane umiechy,
zawizuj si napicia, zgszczaj si prby ksztatw. Caa materia
faluje od nieskoczonych moliwoci, ktre przez ni przechodz mdymi
dreszczami. Czekajc na oywcze tchnienie ducha, przelewa si ona w
sobie bez koca, kusi tysicem sodkich okrglizn i mikkoci, ktre z
siebie w lepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona wasnej inicjatywy,
lubienie podatna, po kobiecemu plastyczna, ulega wobec wszystkich
impulsw--stanowi ona teren wyjty spod prawa, otwarty dla wszelkiego
rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmw, domen wszelkich naduy i
wtpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejsz i
najbezbronniejsz istot w kosmosie. Kady moe j ugniata, formowa,
kademu jest posuszna. Wszystkie organizacje materii s nietrwae i
lune, atwe do uwstecznienia i rozwizania. Nie ma adnego za w
redukcji ycia do form innych i nowych. Zabjstwo nie jest grzechem.
Jest ono nieraz koniecznym gwatem wobec opornych i skostniaych form
bytu, ktre przestay by zajmujce. W interesie ciekawego i wanego
eksperymentu moe ono nawet stanowi zasug. Tu jest punkt wyjcia dla
nowej apologii sadyzmu. Mj ojciec by niewyczerpany w gloryfikacji tego
przedziwnego elementu, jakim bya materia.--Nie ma materii martwej--
naucza--martwota jest jedynie pozorem, za ktrym ukrywaj si nieznane
formy ycia. Skala tych form jest nieskoczona, a odcienie i niuanse
niewyczerpane. Demiurgos by w posiadaniu wanych i ciekawych recept
twrczych. Dziki nim stworzy on mnogo rodzajw, odnawiajcych si
wasn si. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostan
zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdy jeliby nawet te
klasyczne metody kreacji okazay si raz na zawsze niedostpne,
pozostaj pewne metody illegalne, cay bezmiar metod heretyckich i
wystpnych. W miar jak ojciec od tych oglnych zasad kosmogonii zblia
si do terenu swych cianiejszych zainteresowa, gos jego znia si do
wnikliwego szeptu, wykad stawa si coraz trudniejszy i zawilszy, a
wyniki, do ktrych dochodzi, gubiy si w coraz bardziej wtpliwych i
ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabieraa ezoterycznej
solennoci. Przymyka jedno oko, przykada dwa palce do czoa, chytro
jego spojrzenia stawaa si wprost niesamowita. Wwierca si t
chytroci w swe interlokutorki, gwaci cynizmem tego spojrzenia
najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosiga wymykajce si
w najgbszym zakamarku, przypiera do ciany i askota, drapa
ironicznym palcem, pki nie doaskota si bysku zrozumienia i miechu,
miechu przyznania i porozumienia si, ktrym w kocu musiao si
kapitulowa. Dziewczta siedziay nieruchomo, lampa kopcia, sukno pod
ig maszyny dawno si zsuno, a maszyna stukotaa pusto, stbnujc
czarne, bezgwiezdne sukno, odwijajce si z postawu nocy zimowej za
oknem.--Zbyt dugo ylimy pod terrorem niedocigej doskonaoci
Demiurga--mwi mj ojciec--zbyt dugo doskonao jego tworu
paraliowaa nasz wasn twrczo. Nie chcemy z nim konkurowa. Nie
mamy ambicji mu dorwna. Chcemy by twrcami we wasnej, niszej
sferze, pragniemy dla siebie twrczoci, pragniemy rozkoszy twrczej,
pragniemy--jednym sowem--demiurgii.--Nie wiem, w czyim imieniu
proklamowa mj ojciec te postulaty, jaka zbiorowo, jaka korporacja,
sekta czy zakon, nadawaa sw solidarnoci patos jego sowom. Co do
nas, to bylimy dalecy od wszelkich zakusw demurgicznych. Lecz ojciec
mj rozwin tymczasem program tej wtrej demiurgii, obraz tej drugiej
generacji stworze, ktra stan miaa w otwartej opozycji do panujcej
epoki.--Nie zaley nam--mwi on--na tworach o dugim oddechu, na
istotach na dalek met. Nasze kreatury nie bd bohaterami romansw w
wielu tomach. Ich role bd krtkie, lapidarne, ich charaktery--bez
dalszych planw. Czsto dla jednego gestu, dla jednego sowa podejmiemy
si trudu powoania ich do ycia na t jedn chwil. Przyznajemy
otwarcie: nie bdziemy kadli nacisku na trwao ani solidno
wykonania, twory nasze bd jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz
zrobione. Jeli bd to ludzie, to damy im na przykad tylko jedn
stron twarzy, jedn rk, jedn nog, t mianowicie, ktra im bdzie w
ich roli potrzebna. Byoby pedanteri troszczy si o ich drug, nie
wchodzc w gr nog. Z tyu mog by po prostu zaszyte ptnem lub
pobielone. Nasz ambicj pokada bdziemy w tej dumnej dewizie: dla
kadego gestu inny aktor. Do obsugi kadego sowa, kadego czynu
powoamy do ycia innego czowieka. Taki jest nasz smak, to bdzie wiat
wedug naszego gustu. Demiurgos kocha si w wytrawnych, doskonaych i
skomplikowanych materiaach, my dajemy pierwszestwo tandecie. Po prostu
porywa nas, zachwyca tanio, lichota, tandetno materiau. Czy
rozumiecie--pyta mj ojciec--gboki sens tej saboci, tej pasji do
pstrej bibuki, do papier m ch , do lakowej farby, do kakw i
trociny? To jest--mwi z bolesnym umiechem--nasza mio do materii
jako takiej, do jej puszystoci i porowatoci, do jej jedynej,
mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni
j niewidzialn, kae jej znikn pod gr ycia. My, przeciwnie, kochamy
jej zgrzyt, jej oporno, jej paubiast niezgrabno. Lubimy pod kadym
gestem, pod kadym ruchem widzie jej ociay wysiek, jej bezwad, jej
sodk niedwiedziowato. Dziewczta siedziay nieruchomo z szklanymi
oczyma. Twarze ich byy wycignite i zgupiae zasuchaniem, policzki
podmalowane wypiekami, trudno byo w tej chwili oceni, czy nale do
pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia.--Sowem--konkludowa
mj ojciec--chcemy stworzy po raz wtry czowieka, na obraz i
podobiestwo manekinu. Tu musimy dla wiernoci sprawozdawczej opisa
pewien drobny i bahy incydent, ktry zaszed w tym punkcie prelekcji i
do ktrego nie przywizujemy adnej wagi. Incydent ten, cakowicie
niezrozumiay i bezsensowny w tym danym szeregu zdarze, da si chyba
wytumaczy jako pewnego rodzaju automatyzm szcztkowy, bez antecedensw
i bez cigoci, jako pewnego rodzaju zoliwo obiektu, przeniesiona w
dziedzin psychiczn. Radzimy czytelnikowi zignorowa go z rwn
lekkomylnoci, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mj
ojciec wymawia sowo manekin, Adela spojrzaa na zegarek na
bransoletce, po czym porozumiaa si spojrzeniem z Pold. Teraz wysuna
si wraz z krzesem o pid naprzd, podniosa brzeg sukni, wystawia
powoli stop, opit w czarny jedwab, i wyprya j jak pyszczek wa.
Tak siedziaa przez cay czas tej sceny, cakiem sztywno, z wielkimi,
trzepoczcymi oczyma, pogbionymi lazurem atropiny, z Pold i Paulina
po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyy rozszerzonymi oczami na ojca. Mj
ojciec chrzkn, zamilk, pochyli si i sta si nagle bardzo
czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak
rozwichrzona i pena wibracji, zamkna si na spokorniaych rysach. On
- herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia--zoy
si nagle w sobie, zapad i zwin. A moe wymieniono go na innego. Ten
inny siedzia sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna
Polda podesza i pochylia si nad nim. Klepic go lekko po plecach,
mwia tonem agodnej zachty:--Jakub bdzie rozsdny, Jakub posucha,
Jakub nie bdzie uparty. No, prosz... Jakub, Jakub... Wypity
pantofelek Adeli dra lekko i byszcza jak jzyczek wa. Mj ojciec
podnis si powoli ze spuszczonymi oczyma, postpi krok naprzd, jak
automat, i osun si na kolana. Lampa syczaa w ciszy, w gstwinie
tapet biegy tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciay szepty
jadowitych jzykw, gzygzaki myli...

TRAKTAT O MANEKINACH Cig dalszy Nastpnego wieczora ojciec podj z
odnowion swad ciemny i zawiy swj temat. Lineatura jego zmarszczek
rozwijaa si i zawijaa z wyrafinowan chytroci. W kadej spirali
ukryty by pocisk ironii. Ale czasami inspiracja rozszerzaa krgi jego
zmarszczek, ktre rosy jak ogromn wirujc groz, uchodzc w
milczcych wolutach w gb nocy zimowej.--Figury panopticum, moje panie
- zacz on--kalwaryjskie parodie manekinw, ale nawet w tej postaci
strzecie si lekko je traktowa. Materia nie zna artw. Jest ona
zawsze pena tragicznej powagi. Kto omiela si myle, e mona igra z
materi, e ksztatowa j mona dla artu, e art nie wrasta w ni,
nie wera si natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie
bl, cierpienie guche, nie wyzwolone, zakute w materi cierpienie tej
pauby, ktra nie wie, czemu ni jest, czemu musi trwa w tej gwatem
narzuconej formie, bdcej parodi? Czy pojmujecie potg wyrazu, formy,
pozoru, tyrask samowol, z jak rzuca si on na bezbronn kod i
opanowuje, jak wasna, tyraska, panoszca si dusza? Nadajecie jakiej
gowie z kakw i ptna wyraz gniewu i pozostawiacie j z tym gniewem,
z t konwulsj, z tym napiciem raz na zawsze, zamknit ze lep
zoci, dla ktrej nie ma odpywu. Tum mieje si z tej parodii.
Paczcie, moje panie, nad losem wasnym, widzc ndz materii wizionej,
gnbionej materii, ktra nie wie, kim jest i po co jest, dokd prowadzi
ten gest, ktry jej raz na zawsze nadano. Tum mieje si. Czy
rozumiecie straszny sadyzm, upajajce, demiurgiczne okruciestwo tego
miechu? Bo przecie paka nam, moje panie, trzeba nad losem wasnym na
widok tej ndzy materii, gwaconej materii, na ktrej dopuszczono si
strasznego bezprawia. Std pynie, moje panie, straszny smutek
wszystkich bazeskich golemw, wszystkich paub, zadumanych tragicznie
nad miesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca
cesarzowej Elbiety, oto Draga, demoniczna i nieszczliwa krlowa
Serbii, oto genialny modzieniec, nadzieja i duma rodu, ktrego zgubi
nieszczsny nag onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorw! Czy jest w
tej paubie naprawd co z krlowej Dragi, jej sobowtr, najdalszy bodaj
cie jej istoty? To podobiestwo, ten pozr, ta nazwa uspokaja nas i nie
pozwala nam pyta, kim jest dla siebie samego ten twr nieszczliwy. A
jednak to musi by kto, moje panie, kto anonimowy, kto grony, kto
nieszczliwy, kto, co nie sysza nigdy w swym guchym yciu o
krlowej Dradze... Czy syszelicie po nocach straszne wycie tych paub
woskowych, zamknitych w budach jarmarcznych, aosny chr tych kadubw
z drzewa i porcelany, walcych piciami w ciany swych wizie? W
twarzy mego ojca, rozwichrzonej groz spraw, ktre wywoa z ciemnoci,
utworzy si wir zmarszczek, lej rosncy w gb, na ktrego dnie gorzao
grone oko prorocze. Broda jego zjeya si dziwnie, wiechcie i pdzle
wosw, strzelajce z brodawek, z pieprzw, z dziurek od nosa,
nastroszyy si na swych korzonkach. Tak sta drtwy, z gorejcymi
oczyma, drc od wewntrznego wzburzenia, jak automat, ktry zaci si
i zatrzyma na martwym punkcie. Adela wstaa z krzesa i poprosia nas o
przymknicie oczu na to, co si za chwil stanie. Potem podesza do ojca
i z rkoma na biodrach, przybierajc pozr podkrelonej stanowczoci,
zadaa bardzo dobitnie... Panienki siedziay sztywno, ze spuszczonymi
oczyma, w dziwnej drtwoci...

TRAKTAT O MANEKINACH Dokoczenie Ktrego z nastpnych wieczorw ojciec
mj w te sowa cign dalej sw prelekcj:--Nie o tych
nieporozumieniach ucielenionych, nie o tych smutnych parodiach, moje
panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowcigliwoci--chciaem
mwi zapowiadajc m rzecz o manekinach. Miaem na myli co innego. Tu
ojciec mj zacz budowa przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej
przez niego generaiio aequivoca, jakiego pokolenia istot na wp
tylko organicznych, jakiej pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatw
fantastycznej fermentacji materii. Byy to twory podobne z pozoru do
istot ywych, do krgowcw, skorupiakw, czonkonogw, lecz pozr ten
myli. Byy to w istocie istoty amorfne, bez wewntrznej struktury,
pody imitatywnej tendencji materii, ktra obdarzona pamici, powtarza
z przyzwyczajenia raz przyjte ksztaty. Skala morfologii, ktrej
podlega materia, jest w ogle ograniczona i pewien zasb form powtarza
si wci na rnych kondygnacjach bytu. Istoty te--ruchliwe, wraliwe
na bodce, a jednak dalekie od prawdziwego ycia--mona byo otrzyma
zawieszajc pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.
Koloidy te po kilku dniach formoway si, organizoway w pewne
zagszczenia substancji przypominajcej nisze formy fauny. U istot tak
powstaych mona byo stwierdzi proces oddychania, przemian materii,
ale analiza chemiczna nie wykazywaa w nich nawet ladu pocze
biakowych ani w ogle zwizkw wgla. Wszelako prymitywne te formy byy
niczym w porwnaniu z bogactwem ksztatw i wspaniaoci pseudofauny i
flory, ktra pojawia si niekiedy w pewnych cile okrelonych
rodowiskach. rodowiskami tymi s stare mieszkania, przesycone
emanacjami wielu ywotw i zdarze--zuyte atmosfery, bogate w
specyficzne ingrediencje marze ludzkich--rumowiska, obfitujce w humus
wspomnie, tsknot, jaowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja
kiekowaa szybko i powierzchownie, pasoytowaa obficie i efemerycznie,
pdzia krtkotrwae generacje, ktre rozkwitay raptownie i wietnie,
aeby wnet zgasn i zwidn. Tapety musz by w takich mieszkaniach
ju bardzo zuyte i znudzone nieustann wdrwk po wszystkich
kadencjach rytmw; nic dziwnego, e schodz na manowce dalekich,
ryzykownych roje. Rdze mebli, ich substancja musi ju by rozluniona,
zdegenerowana i podlega wystpnym pokusom: wtedy na tej chorej,
zmczonej i zdziczaej glebie wykwita, jak pikna wysypka, nalot
fantastyczny, kolorowa, bujajca ple.--Wiedz panie--mwi ojciec
mj--e w starych mieszkaniach bywaj pokoje, o ktrych si zapomina.
Nie odwiedzane miesicami, widn w opuszczeniu midzy starymi murami i
zdarza si, e zasklepiaj si w sobie, zarastaj ceg i, raz na zawsze
stracone dla naszej pamici, powoli trac te sw egzystencj. Drzwi,
prowadzce do nich z jakiego podestu tylnych schodw, mog by tak
dhigo przeoczane przez domownikw, a wrastaj, wchodz w cian, ktra
zaciera ich lad w fantastycznym rysunku pkni i rys.--Wszedem raz--
mwi ojciec mj--wczesnym rankiem na schyku zimy, po wielu miesicach
nieobecnoci, do takiego na wp zapomnianego traktu i zdumiony byem
wygldem tych pokojw. Z wszystkich szpar w pododze, z wszystkich
gzymsw i framug wystrzelay cienkie pdy i napeniay szare powietrze
migotliw koronk filigranowego listowia, aurow gstwin jakiej
cieplarni, penej szeptw, lnie, koysa, jakiej faszywej i bogiej
wiosny. Dookoa ka, pod wieloramienn lamp, wzdu szaf chwiay si
kpy delikatnych drzew, rozpryskiway w grze w wietliste korony, w
fontanny koronkowego listowia, bijce a pod malowane niebo sufitu
rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiekoway
w tym listowiu ogromne, biae i rowe kwiaty, pczkoway w oczach,
bujay od rodka rowym miszem i przeleway si przez brzegi, gubic
patki i rozpadajc si w prdkim przekwitaniu.--Byem szczliwy--
mwi mj ojciec--z tego niespodzianego rozkwitu, ktry napeni
powietrze migotliwym szelestem, agodnym szumem, przesypujcym si jak
kolorowe confetti przez cienkie rzgi gazek. Widziaem, jak z drgania
powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela si i materializuje
to pospieszne kwitnienie, przelewanie si i rozpadanie fantastycznych
oleandrw, ktre napeniy pokj rzadk, leniw nieyc wielkich,
rowych kici kwietnych.--Nim zapad wieczr--koczy ojciec--nie
byo ju ladu tego wietnego rozkwitu. Caa zudna ta fatamorgana bya
tylko mistyfikacj, wypadkiem dziwnej symulacji materii, ktra podszywa
si pod pozr ycia. Ojciec mj by dnia tego dziwnie oywiony,
spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskay werw i humorem.
Potem, nagle powaniejc, znw rozpatrywa nieskoczon skal form i
odcieni, jakie przybieraa wieloksztatna materia. Fascynoway go formy
graniczne, wtpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulikw,
pseudomateria, emanacja kataleptyczna mzgu, ktra w pewnych wypadkach
rozrastaa si z ust upionego na cay st, napeniaa cay pokj, jako
bujajca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciaa i ducha.--
Kto wie--mwi--ile jest cierpicych, okaleczonych, fragmentarycznych
postaci ycia, jak sztucznie sklecone, gwodziami na gwat zbite ycie
szaf i stow, ukrzyowanego drzewa, cichych mczennikw okrutnej
pomysowoci ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzcych
si ras drzewa, skucie ich w jedn nieszczliw osobowo. Ile starej,
mdrej mki jest w bejcowanych sojach, yach i fladrach naszych
starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,
wypolerowane do niepoznaki rysy, umiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,
gdy to mwi, rozesza si zamylon lineatur zmarszczek, staa si
podobna do skw i sojw starej deski, z ktrej zheblowano wszystkie
wspomnienia. Przez chwil mylelimy, e ojciec popadnie w stan
drtwoty, ktry nawiedza go czasem, ale ockn si nagle, opamita i
tak cign dalej:--Dawne, mistyczne plemiona balsamoway swych
umarych. W ciany ich mieszka byy wprawione, wmurowane ciaa, twarze:
w salonie sta ojciec--wypchany, wygarbowana ona-nieboszczka bya
dywanem pod stoem. Znaem pewnego kapitana, ktry mia w swej kajucie
lamp-meluzyn, zrobion przez malajskich balsamistw z jego
zamordowanej kochanki. Na gowie miaa ogromne rogi jelenie. W ciszy
kajuty gowa ta, rozpita midzy gaziami rogw u stropu, powoli
otwieraa rzsy oczu; na rozchylonych ustach lnia bonka liny,
pkajca od cichego szeptu. Gowonogi, wie i ogromne kraby,
zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pajki, przebieray w tej
ciszy bez koca nogami, szy i szy na miejscu... Twarz mojego ojca
przybraa naraz wyraz troski i smutku, gdy myli jego na drogach nie
wiedzie jakich asocjacji przeszy do nowych przykadw:--Czy mam
przemilcze--mwi przyciszonym gosem--e brat mj na skutek dugiej
i nieuleczalnej choroby zamieni si stopniowo w zwj kiszek gumowych,
e biedna moja kuzynka dniem i noc nosia go w poduszkach, nucc
nieszczliwemu stworzeniu nieskoczone koysanki nocy zimowych? Czy
moe by co smutniejszego ni czowiek zamieniony w kiszk hegarow? Co
za rozczarowanie dla rodzicw, co za dezorientacja dla ich uczu, co za
rozwianie wszystkich nadziei, wizanych z obiecujcym modziecem! A
jednak wierna mio biednej kuzynki towarzyszya mu i w tej przemianie.
- Ach! nie mog ju duej, nie mog tego sucha!--jkna Polda
przechylajc si na krzele.--Ucisz go, Adelo... Dziewczta wstay,
Adela podesza do ojca i wycignitym palcem uczynia ruch zaznaczajcy
askotanie. Ojciec stropi si, zamilk i zacz, peen przeraenia,
cofa si tyem przed kiwajcym si palcem Adeli. Ta sza za nim cigle,
groc mu jadowicie palcem, i wypieraa go krok za krokiem z pokoju.
Paulina ziewna przecigajc si. Obie z Pold, wsparte o siebie
ramionami, spojrzay sobie w oczy z umiechem.

NEMROD Cay sierpie owego roku przebawiem si z maym, kapitalnym
pieskiem, ktry pewnego dnia znalaz si na pododze naszej kuchni,
niedony i piszczcy, pachncy jeszcze mlekiem i niemowlctwem, z nie
uformowanym, okrgawym, drcym ebkiem, z apkami jak u kreta
rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejsz, miciutk sierci. Od
pierwszego wejrzenia zdobya sobie ta kruszynka ycia cay zachwyt, cay
entuzjazm chopicej duszy. Z jakiego nieba spad tak niespodzianie ten
ulubieniec bogw, milszy sercu od najpikniejszych zabawek? e te
stare, zgoa nieinteresujce pomywaczki wpadaj niekiedy na tak wietne
pomysy i przynosz z przedmiecia--o cakiem wczesnej,
transcendentalnej porannej godzinie--takiego oto pieska do naszej
kuchni! Ach! byo si jeszcze--niestety--nieobecnym, nieurodzonym z
ciemnego ona snu, a ju to szczcie zicio si, ju czekao na nas,
niedonie lece na chodnej pododze kuchni, nie docenione przez
Adel i domownikw. Dlaczego nie obudzono mnie wczeniej! Talerzyk mleka
na pododze wiadczy o macierzyskich impulsach Adeli, wiadczy
niestety take i o chwilach przeszoci, dla mnie na zawsze straconej, o
rozkoszach przybranego macierzystwa, w ktrych nie braem udziau. Ale
przede mn leaa jeszcze caa przyszo. Jaki bezmiar dowiadcze,
eksperymentw, odkry otwiera si teraz! Sekret ycia, jego
najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, porczniejszej i
zabawkowej formy odsaniaa si tu nienasyconej ciekawoci. Byo to
nadwyraz interesujce, mie na wasno tak odrobink ycia, tak
czsteczk wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,
budzcej nieskoczon ciekawo i respekt sekretny sw obcoci,
niespodzian transpozycj tego samego wtku ycia, ktry i w nas by, na
form od naszej odmienn, zwierzc. Zwierzta! cel nienasyconej
ciekawoci, egzemplifikacje zagadki ycia, jakby stworzone po to, by
czowiekowi pokaza czowieka, rozkadajc jego bogactwo i komplikacj
na tysic kalejdoskopowych moliwoci, kad doprowadzon do jakiego
paradoksalnego kraca, do jakiej wybujaoci penej charakteru.
Nieobcione splotem egzotycznych interesw, mccych stosunki
midzyludzkie, otwierao si serce pene sympatii dla obcych emanacji
wiecznego ycia, pene miosnej wsppracujcej ciekawoci, ktra bya
zamaskowanym gosem samopoznania. Piesek by aksamitny, ciepy i
pulsujcy maym, pospiesznym sercem. Mia dwa mikkie patki uszu,
niebieskawe, mtne oczka, rowy pyszczek, do ktrego mona byo woy
palec bez adnego niebezpieczestwa, apki delikatne i niewinne, z
wzruszajc, row brodaweczk z tyu, nad stopami przednich ng.
Wazi nimi do miski z mlekiem, aroczny i niecierpliwy, chepccy
napj rowym jzyczkiem, aeby po nasyceniu si podnie aonie ma
mordk z kropl mleka na brodzie i wycofa si niedonie z kpieli
mlecznej. Chd jego by niezgrabnym toczeniem si, bokiem na ukos w
niezdecydowanym kierunku, po linii troch pijanej i chwiejnej. Dominant
jego nastroju bya jaka nieokrelona i zasadnicza ao, sieroctwo i
bezradno--niezdolno do zapenienia czym pustki ycia pomidzy
sensacjami posikw. Objawiao si to bezplanowoci i niekonsekwencj
ruchw, irracjonalnymi napadami nostalgii z aosnym skomleniem i
niemonoci znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w gbi snu, w
ktrym potrzeb oparcia si i przytulenia zaspokaja musia uywajc do
tego wasnej swej osoby, zwinitej w kbek drcy--towarzyszyo mu
poczucie osamotnienia i bezdomnoci. Ach, ycie--mode i wte ycie,
wypuszczone z zaufanej ciemnoci, z przytulnego ciepa ona
macierzystego w wielki i obcy, wietlany wiat, jake kurczy si ono i
cofa, jak wzdraga si zaakceptowa t imprez, ktr mu proponuj--
pene awersji i zniechcenia! Lecz zwolna may Nemrod (otrzyma by to
dumne i wojownicze imi) zaczyna smakowa w yciu. Wyczne opanowanie
obrazem macierzystej prajedni ustpuje urokowi wieloci. wiat zaczyna
na nastawia puapki: nieznany a czarujcy smak rnych pokarmw,
czworobok porannego soca na pododze, na ktrym tak dobrze jest
pooy si, ruchy wasnych czonkw, wasne apki, ogonek, figlarnie
wyzywajcy do zabawy z samym sob, pieszczoty rki ludzkiej, pod ktrymi
zwolna dojrzewa pewna swawolno, wesoo rozpierajca ciao i rodzca
potrzeb zgoa nowych, gwatownych i ryzykownych ruchw--wszystko to
przekupuje, przekonywa i zachca do przyjcia, do pogodzenia si z
eksperymentem ycia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumie, e to, co
mu si tu podsuwa, mimo pozorw nowoci jest w gruncie rzeczy czym, co
ju byo--byo wiele razy--nieskoczenie wiele razy. Jego ciao
poznaje sytuacje, wraenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko
nie dziwi go zbytnio. W obliczu kadej nowej sytuacji daje nura w swoj
pami, w gbok pami ciaa, i szuka omackiem, gorczkowo--i bywa,
e znajduje w sobie odpowiedni reakcj ju gotow: mdro pokole,
zoon w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakie czyny, decyzje,
o ktrych sam nie wiedzia, e ju w nim dojrzay, e czekay na to, by
wyskoczy. Sceneria jego modego ycia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze
cierkami o skomplikowanej i intrygujcej woni, z kapaniem pantofli
Adeli, z jej haaliwym krztaniem si--nie straszy go wicej. Przywyk
uwaa j za swoj domen, zadomowi si w niej i pocz rozwija w
stosunku do niej niejasne poczucie przynalenoci, ojczyzny. Chyba e
niespodzianie spada na kataklizm w postaci szorowania podogi--
obalenie praw natury, chlusty ciepego ugu, podmywajce wszystkie
meble, i grony szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczestwo mija,
szczotka uspokojona i nieruchoma ley cicho w kcie, schnca podoga
pachnie mio mokrym drzewem. Nemrod, przywrcony znowu do swych
normalnych praw i do swobody na terenie wasnym, czuje yw ochot
chwyta zbami stary koc na pododze i targa nim z caej siy na prawo
i lewo. Pacyfikacja ywiow napenia go niewymown radoci. Wtem staje
jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa si czarna
maszkara, potwr suncy szybko na prcikach wielu pogmatwanych ng. Do
gbi wstrznity Nemrod posuwa wzrokiem za skonym kursem byszczcego
owada, ledzc w napiciu ten paski, bezgowy i lepy kadub, niesiony
niesamowit ruchliwoci pajczych ng. Co w nim na ten widok wzbiera,
co dojrzewa, pcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jaki gniew
albo strach, lecz raczej przyjemny i poczony z dreszczem siy,
samopoczucia, agresywnoci. I nagle opada na przednie apki i wyrzuca z
siebie gos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, cakiem niepodobny do
zwykego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,
cienkim dyszkantem, ktry si co chwila wykoleja. Ale nadaremnie
apostrofuje owada w tym nowym, z nagego natchnienia zrodzonym jzyku. W
kategoriach umysu karakoniego nie ma miejsca na t tyrad i owad odbywa
dalej sw skon tur ku ktowi pokoju, wrd ruchw uwiconych
odwiecznym karakonim rytuaem. Wszelako uczucia nienawici nie maj
jeszcze trwaoci i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona rado ycia
przeistacza kade uczucie w wesoo. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens
tego szczekania zmieni si niepostrzeenie, stao si ono swoj wasn
parodi--pragnc w gruncie rzeczy wysowi niewymown udatno tej
wietnej imprezy ycia, penej pikanterii, niespodzianych dreszczykw i
point.

PAN W kcie midzy tylnymi cianami szop i przybudwek by zauek
podwrza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknita midzy komor, wychodek
i tyln cian kurnika--gucha zatoka, poza ktr nie byo ju wyjcia.
By to najdalszy przyldek, Gibraltar tego podwrza, bijcy rozpaczliwie
gow w lepy parkan z poziomych desek, zamykajc i ostateczn cian
tego wiata. Spod jego omszonych dyli wyciekaa struka czarnej,
mierdzcej wody, ya gnijcego, tustego bota, nigdy nie wysychajca
- jedyna droga, ktra poprzez granice parkanu wyprowadzaa w wiat. Ale
rozpacz smrodliwego zauka tak dugo bia gow w t zapor, a
rozlunia jedn z poziomych, potnych desek. My, chopcy, dokonalimy
reszty i wywayli, wysunli cik omsza desk z osady. Tak zrobilimy
wyom, otworzylimy okno na soce. Stanwszy nog na desce, rzuconej
jak most przez kau, mg wizie podwrza w poziomej pozycji
przecisn si przez szpar, ktra wypuszczaa go w nowy, przewiewny i
rozlegy wiat. By tam wielki, zdziczay stary ogrd. Wysokie grusze,
rozoyste jabonie rosy tu z rzadka potnymi grupami, obsypane
srebrnym szelestem, kipic siatk biaawych poyskw. Bujna, zmieszana,
nie koszona trawa pokrywaa puszystym kouchem falisty teren. Byy tam
zwyke, trawiaste dba kowe z pierzastymi kitami kosw; byy
delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i
szorstkie listki bluszczykw i lepych pokrzyw, pachnce mit;
ykowate, byszczce babki, nakrapiane rdz, wystrzelajce kimi
grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, spltane i puszyste, przepojone
byo agodnym powietrzem, podbite bkitnym wiatrem i napuszczone
niebem. Gdy si leao w trawie, byo si przykrytym ca bkitn
geografi obokw i pyncych kontynentw, oddychao si ca rozleg
map niebios. Od tego obcowania z powietrzem licie i pdy pokryy si
delikatnymi woskami, mikkim nalotem puchu, szorstk szczecin haczkw,
jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepyww tlenu. Ten nalot
delikatny i biaawy spokrewnia licie z atmosfer, dawa im srebrzysty,
szary poysk fal powietrznych, cienistych zaduma midzy dwoma byskami
soca. A jedna z tych rolin, ta i pena mlecznego soku w bladych
odygach, nadta powietrzem, pdzia ze swych pustych pdw ju samo
powietrze, sam puch w ksztacie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych
przez powiew i wsikajcych bezgonie w bkitn cisz. Ogrd by
rozlegy i rozgaziony kilku odnogami i mia rne strefy i klimaty. W
jednej stronie by otwarty, peen mleka niebios i powietrza, i tam
podciela niebu co najmiksz, najdelikatniejsz, najpuszystsz ziele.
Ale w miar jak opada w gb dugiej odnogi i zanurza si w cie
midzy tyln cian opuszczonej fabryki wody sodowej, wyranie
pochmurnia, stawa si opryskliwy i niedbay, zapuszcza si dziko i
niechlujnie, sroy si pokrzywami, zjea bodiakami, parszywia
chwastem wszelkim, a w samym kocu midzy cianami, w szerokiej
prostoktnej zatoce traci wszelk miar i wpada w sza. Tam to nie by
ju sad, tylko paroksyzm szalestwa, wybuch wciekoci, cyniczny
bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dajc upust swej pasji,
panoszyy si puste, zdziczae kapusty opuchw--ogromne wiedmy,
rozdziewajce si w biay dzie ze swych szerokich spdnic, zrzucajc je
z siebie, spdnica za spdnic, a ich wzdte, szelestne, dziurawe
achmany oszalaymi patami grzebay pod sob ktliwe to plemi
bkarcie. A aroczne spdnice puchy i rozpychay si, pitrzyy si
jedne na drugich, rozpieray i nakryway wzajem, rosnc razem wzdt
mas blach listnych, a pod niski okap stodoy. Tam to byo, gdziem go
ujrza jedyny raz w yciu, o nieprzytomnej od aru godzinie poudnia.
Bya to chwila, kiedy czas, oszalay i dziki, wyamuje si z kieratu
zdarze i jak zbiegy wczga pdzi z krzykiem na przeaj przez pola.
Wtedy lato, pozbawione kontroli, ronie bez miary i rachuby na caej
przestrzeni, ronie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w
dwjnasb, w trjnasb, w inny jaki, wyrodny czas, w nieznan dymensj,
w obd. O tej godzinie opanowywa mnie sza owienia motyli, pasja
cigania tych migoccych plamek, tych bdnych, biaych patkw,
trzscych si w rozognionym powietrzu niedonym gzygzakiem. I
zdarzyo si wwczas, e ktra z tych jaskrawych plamek rozpada si w
locie na dwie, potem na trzy--i ten drgajcy, olepiajco biay
trjpunkt wid mnie, jak bdny ognik, przez sza bodiakw, palcych
si w socu. Dopiero na granicy opuchw zatrzymaem si, nie miejc
si pogry w to guche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzaem go. Zanurzony
po pachy w opuchach, kuca przede mn. Widziaem jego grube bary w
brudnej koszuli i niechlujny strzp surduta. Przyczajony jak do skoku,
siedzia tak--z barami jakby wielkim ciarem zgarbionymi. Ciao jego
dyszao z natenia, a z miedzianej, byszczcej w socu twarzy la si
pot. Nieruchomy, zdawa si ciko pracowa, mocowa si bez ruchu z
jakim ogromnym brzemieniem. Staem, przygwodony jego wzrokiem, ktry
mnie uj jakby w kleszcze. Bya to twarz wczgi lub pijaka. Wieche
brudnych kakw wichrzy si nad czoem wysokim i wypukym jak bua
kamienna, utoczona przez rzek. Ale czoo to byo skrcone w gbokie
bruzdy. Nie wiadomo, czy bl, czy palcy ar soca, czy nadludzkie
natenie wkrcio si tak w t twarz i napio rysy do pknicia.
Czarne oczy wbiy si we mnie z nateniem najwyszej rozpaczy czy blu.
Te oczy patrzyy na mnie i nie patrzyy, widziay mnie i nie widziay
wcale. Byy to pkajce gaki, wytone najwyszym uniesieniem blu albo
dzik rozkosz natchnienia. I nagle z tych rysw, nacignitych do
pknicia, wyboczy si jaki straszny, zaamany cierpieniem grymas i
ten grymas rs, bra w siebie tamten obd i natchnienie, pcznia nim,
wybacza si coraz bardziej, a wyama si ryczcym, charczcym kaszlem
miechu. Do gbi wstrznity, widziaem, jak huczc miechem z
potnych piersi, dwign si powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z
rkoma w opadajcych achmanach spodni, ucieka, czapic przez opocce
blachy opuchw, wielkimi skokami--Pan bez fletu, cofajcy si w
popochu do swych ojczystych kniei.

PAN KAROL Po poudniu w sobot mj wuj, Karol, wdowiec somiany,
wybiera si pieszo do letniska, oddalonego o godzin drogi od miasta,
do ony i dzieci, ktre tam na wywczasach bawiy. Od czasu wyjazdu ony
mieszkanie byo nie sprztane, ko nie zacielane nigdy. Pan Karol
przychodzi do mieszkania pn noc, sponiewierany, spustoszony przez
nocne pohulanki, przez ktre go wloky te dni upalne i puste. Zmita,
chodna, dziko rozrzucona pociel bya dla wwczas jak bog
przystani, wysp zbawcz, do ktrej przypada ostatkiem si jak
rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w
ciemnoci zapada si gdzie midzy biaawe chmury, pasma i zway
chodnego pierza i spa tak w niewiadomym kierunku, na wspak, gow na
d, wbity ciemieniem w puszysty misz pocieli, jak gdyby chcia we
nie przewierci, przewdrowa na wskro te rosnce noc, potne masywy
pierzyn. Walczy we nie z t pociel, jak pywak z wod, ugniata j i
miesi ciaem, jak ogromn dzie ciasta, w ktr si zapada, i budzi
si o szarym wicie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego
stosu pocieli, ktrego zmc nie mg w cikich zapasach nocnych. Tak
na wp wyrzucony z toni snu, wisia przez chwil nieprzytomny na
krawdzi nocy, chwytajc piersiami powietrze, a pociel rosa dokoa
niego, pucha i nakisaa--i zarastaa go znowu zwaem cikiego,
biaawego ciasta. Spa tak do pnego przedpoudnia, podczas gdy
poduszki ukaday si w wielk, bia, pask rwnin, po ktrej
wdrowa uspokojony sen jego. Tymi biaymi gocicami powraca powoli do
siebie, do dnia, do jawy--i wreszcie otwiera oczy, jak picy pasaer,
gdy pocig zatrzymuje si na stacji. W pokoju panowa odstay pmrok z
osadem wielu dni samotnoci i ciszy. Tylko okno kipiao od rannego
rojowiska much i story pony jaskrawo. Pan Karol wyziewa ze swego
ciaa, z gbi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie
chwytao go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciao go odwrci na nice. Tak
wyrzuca z siebie ten piasek, te ciary--nie strawione restancje dnia
wczorajszego. Ulywszy sobie w ten sposb, i swobodniejszy, wciga do
notesu wydatki, kalkulowa, oblicza i marzy. Potem lea dugo
nieruchomy, z szklanymi oczyma, ktre byy koloru wody, wypuke i
wilgotne. W wodnistym pmroku pokoju, rozjanionym refleksem dnia
upalnego za storami, oczy jego jak malekie lusterka odbijay wszystkie
byszczce przedmioty: biae plamy soca w szparach okna, zoty
prostokt stor, i powtarzay, jak kropla wody, cay pokj z cisz
dywanw i pustych krzese. Tymczasem dzie za storami hucza coraz
pomienniej bzykaniem much oszalaych od soca. Okno nie mogo
pomieci tego biaego poaru i story omdleway od jasnych falowa.
Wtedy wywleka si z pocieli i siedzia jeszcze jaki czas na ku,
stkajc bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciao zaczynao
skania si do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewajcym
tuszczem, znkanym od naduy pciowych, ale wci wzbierajcym bujnymi
sokami, zdawa si teraz zwolna dojrzewa w tej ciszy jego przyszy los.
Gdy tak siedzia w bezmylnym, wegetatywnym osupieniu, cay zamieniony
w krenie, w respiracj, w gbokie pulsowanie sokw, rosa w gbi
jego ciaa, spoconego i pokrytego wosem w rozlicznych miejscach, jaka
niewiadoma, nie sformuowana przyszo, niby potworna narol,
wyrastajca fantastycznie w nieznan dymensj. Nie przeraa si jej,
gdy czu ju swoj tosamo z tym niewiadomym a ogromnym, ktre miao
nadej, i rs razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrtwiay
spokojn groz, odpoznajc przyszego siebie w tych kolosalnych
wykwitach, w tych fantastycznych spitrzeniach, ktre przed jego
wzrokiem wewntrznym dojrzeway. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczao na
zewntrz, jak gdyby odchodzio w inny wymiar. Potem z tych bezmylnych
otumanieni z tych zatraconych dali powraca znw do siebie i do chwili;
widzia swe stopy na dywanie, tuste i delikatne jak u kobiety, i powoli
wyjmowa zote spinki z mankietw dziennej koszuli. Potem szed do
kuchni i znajdowa tam w cienistym kcie wiaderko z wod, krek
cichego, czujnego zwierciada, ktre na tam czekao--jedyna ywa i
wiedzca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewa do miednicy wody i
kosztowa skr jej modej i odstaej, sodkawej mokroci. Dugo i
starannie robi toalet, nie spieszc si i wczajc pauzy midzy
poszczeglne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie
uznawao go, te meble i ciany ledziy za nim z milczc krytyk. Czu
si, wchodzc w ich cisz, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym
krlestwie, w ktrym pyn inny, odrbny czas. Otwierajc wasne
szuflady, mia uczucie zodzieja i chodzi mimo woli na palcach, bojc
si obudzi haaliwe i nadmierne echo, czekajce draliwie na
najlejsz przyczyn, by wybuchn. A gdy wreszcie, idc cicho od szafy
do szafy, znajdowa kawaek po kawaku wszystko potrzebne i koczy
toalet wrd tych mebli, ktre toleroway go w milczeniu, z nieobecn
min, i wreszcie by gotw, to stojc na odejciu z kapeluszem w rku,
czu si zaenowany, e i w ostatniej chwili nie mg znale sowa,
ktre by rozwizao to wrogie milczenie, i odchodzi ku drzwiom
zrezygnowany, zwolna, ze spuszczon gow--gdy w przeciwn stron
oddala si tymczasem bez popiechu--w gb zwierciada--kto
odwrcony na zawsze plecami--przez pust amfilad pokojw, ktre nie
istniay.

SKLEPY CYNAMONOWE W okresie najkrtszych, sennych dni zimowych, ujtych
z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawdzie zmierzchw,
gdy miasto rozgaziao si coraz gbiej w labirynty zimowych nocy, z
trudem przywoywane przez krtki wit do opamitania, do powrotu--
ojciec mj by ju zatracony, zaprzedany, zaprzysiony tamtej sferze.
Twarz jego i gowa zarastay wwczas bujnie i dziko siwym wosem,
sterczcym nieregularnie wiechciami, szczecinami, dugimi pdzlami,
strzelajcymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa--co nadawao jego
fizjonomii wygld starego, nastroszonego lisa. Wch jego i such
zaostrza si niepomiernie i zna byo po grze jego milczcej i napitej
twarzy, e za porednictwem tych zmysw pozostaje on w cigym
kontakcie z niewidzialnym wiatem ciemnych zakamarkw, dziur mysich,
zmurszaych przestrzeni pustych pod podog i kanaw kominowych.
Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypice ycie podogi miay
w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i wspspiskowca.
Absorbowao go to w tym stopniu, e pogra si zupenie w tej
niedostpnej dla nas sferze, z ktrej nie prbowa zdawa nam sprawy.
Nieraz musia strzepywa palcami i mia si cicho do siebie samego, gdy
te wybryki niewidzialnej sfery staway si zbyt absurdalne; porozumiewa
si wwczas spojrzeniem z naszym kotem, ktry rwnie wtajemniczony w
ten wiat, podnosi sw cyniczn, zimn, porysowan prgami twarz,
mruc z nudw i obojtnoci skone szparki oczu. Zdarzao si podczas
obiadu, e wrd jedzenia odkada nagle n i widelec i z serwet
zawizan pod szyj podnosi si kocim ruchem, skrada na brzucach
palcw do drzwi ssiedniego, pustego pokoju i z najwiksz ostronoci
zaglda przez dziurk od klucza. Potem wraca do stou, jakby
zawstydzony, z zakopotanym umiechem, wrd mrukni i niewyranych
mamrota, odnoszcych si do wewntrznego monologu, w ktrym by
pogrony. Aeby mu sprawi pewn dystrakcj i oderwa go od
chorobliwych docieka, wycigaa go matka na wieczorne spacery, na ktre
szed, milczc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i
nieobecny duchem. Raz nawet poszlimy do teatru. Znalelimy si znowu w
tej wielkiej, le owietlonej i brudnej sali, penej sennego gwaru
ludzkiego i bezadnego zamtu. Ale gdy przebrnlimy przez cib ludzk,
wynurzya si przed nami olbrzymia bladomebieska kurtyna, jak niebo
jakiego innego firmamentu. Wielkie, malowane maski rowe, z wydtymi
policzkami, nurzay si w ogromnym pciennym przestworzu. To sztuczne
niebo szerzyo si i pyno wzdu i w poprzek, wzbierajc ogromnym
tchem patosu i wielkich gestw, atmosfer tego wiata sztucznego i
penego blasku, ktry budowa si tam, na dudnicych rusztowaniach
sceny. Dreszcz pyncy przez wielkie oblicze tego nieba, oddech
ogromnego ptna, od ktrego rosy i oyway maski, zdradza
iluzoryczno tego firmamentu, sprawia to drganie rzeczywistoci, ktre
w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski
trzepotay czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptay co bezgonie
i wiedziaem, e przyjdzie chwila, kiedy napicie tajemnicy dojdzie do
zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pknie naprawd, uniesie si i
ukae rzeczy niesychane i olniewajce. Lecz nie byo mi dane doczeka
tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zacz zdradza pewne oznaki
zaniepokojenia, chwyta si za kieszenie i wreszcie owiadczy, e
zapomnia portfelu z pienidzmi i wanymi dokumentami. Po krtkiej
naradzie z matk, w ktrej uczciwo Adeli zostaa poddana pospiesznej,
ryczatowej ocenie, zaproponowano mi, ebym wyruszy do domu na
poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczcia widowiska byo
jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinnoci mogem na czas powrci.
Wyszedem w noc zimow, kolorow od iluminacji nieba. Bya to jedna z
tych jasnych nocy, w ktrych firmament gwiezdny jest tak rozlegy i
rozgaziony, jakby rozpad si, rozama i podzieli na labirynt
odrbnych niebios, wystarczajcych do obdzielenia caego miesica nocy
zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich
ich nocnych zjawisk, przygd, awantur i karnawaw. Jest lekkomylnoci
nie do darowania wysya w tak noc modego chopca z misj wan i
piln, albowiem w jej pwietle zwielokrotniaj si, plcz i
wymieniaj jedne z drugimi ulice. Otwieraj si w gbi miasta, eby tak
rzec, ulice podwjne, ulice sobowtry, ulice kamliwe i zwodne.
Oczarowana i zmylona wyobrania wytwarza zudne plany miasta, rzekomo
dawno znane i wiadome, w ktrych te ulice maj swe miejsce i nazw, a
noc w niewyczerpanej swej podnoci nie ma nic lepszego do roboty, jak
dostarcza wci nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy
zimowych zaczynaj si zazwyczaj niewinnie od chtki skrcenia sobie
drogi, uycia niezwykego lub prdszego przejcia. Powstaj pontne
kombinacje przecicia zawiej wdrwki jak nie wyprbowan przecznic.
Ale tym razem zaczo si inaczej. Uszedszy par krokw, spostrzegem,
e jestem bez paszcza. Chciaem zawrci, lecz po chwili wydao mi si
to niepotrzebn strat czasu, gdy noc nie bya wcale zimna, przeciwnie
- poykowana strugami dziwnego ciepa, tchnieniami jakiej faszywej
wiosny. nieg skurczy si w baranki biae, w niewinne i sodkie runo,
ktre pachniao fiokami. W takie same baranki rozpucio si niebo, w
ktrym ksiyc dwoi si i troi, demonstrujc w tym zwielokrotnieniu
wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnaao tego dnia wewntrzn sw
konstrukcj w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujcych
spirale i soje wiata, przekroje seledynowych bry nocy, plazm
przestworzy, tkank roje nocnych. W tak noc nie podobna i Podwalem
ani adn inn z ciemnych ulic, ktre s odwrotn stron, niejako
podszewk czterech linij rynku, i nie przypomnie sobie, e o tej pnej
porze bywaj czasem jeszcze otwarte niektre z owych osobliwych a tyle
nccych sklepw, o ktrych zapomina si w dnie zwyczajne. Nazywam je
sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, ktrymi s
wyoone. Te prawdziwie szlachetne handle, w pn noc otwarte, byy
zawsze przedmiotem moich gorcych marze. Sabo owietlone, ciemne i
uroczyste ich wntrza pachniay gbokim zapachem farb, laku, kadzida,
aromatem dalekich krajw i rzadkich materiaw. Moge tam znale ognie
bengalskie, szkatuki czarodziejskie, marki krajw dawno zaginionych,
chiskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadw
egzotycznych, papug, tukanw, ywe salamandry i bazyliszki, korze
Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,
mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe ksiki, stare
folianty pene przedziwnych rycin i oszoamiajcych historyj. Pamitam
tych starych i penych godnoci kupcw, ktrzy obsugiwali klientw ze
spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i peni byli mdroci i
wyrozumienia dla ich najtajniejszych ycze. Ale nade wszystko bya tam
jedna ksigarnia, w ktrej raz ogldaem rzadkie i zakazane druki,
publikacje tajnych klubw, zdejmujc zason z tajemnic drczcych i
upojnych. Tak rzadko zdarzaa si sposobno odwiedzania tych sklepw--
i w dodatku z ma, lecz wystarczajc sum pienidzy w kieszeni. Nie
mona byo pomin tej okazji mimo wanoci misji powierzonej naszej
gorliwoci. Trzeba si byo zapuci wedug mego obliczenia w boczn
uliczk, min dwie albo trzy przecznice, aeby osign ulic nocnych
sklepw. To oddalao mnie od celu, ale mona byo nadrobi spnienie,
wracajc drog na upy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepw
cynamonowych, skrciem w wiadom mi ulic i leciaem wicej, anieli
szedem, baczc, by nie zmyli drogi. Tak minem ju trzeci czy
czwart przecznic, a upragnionej ulicy wci nie byo. W dodatku nawet
konfiguracja ulic nie odpowiadaa oczekiwanemu obrazowi. Sklepw ani
ladu. Szedem ulic, ktrej domy nie miay nigdzie bramy wchodowej,
tylko okna szczelnie zamknite, lepe odblaskiem ksiyca. Po drugiej
stronie tych domw musi prowadzi waciwa ulica, od ktrej te domy s
dostpne--mylaem sobie. Z niepokojem przyspieszaem kroku, rezygnujc
w duchu z myli zwiedzenia sklepw. Byle tylko wydosta si std prdko
w znane okolice miasta. Zbliaem si do wylotu, peen niepokoju, gdzie
te ona mnie wyprowadzi. Wyszedem na szeroki, rzadko zabudowany
gociniec, bardzo dugi i prosty. Owia mnie od razu oddech szerokiej
przestrzeni. Stay tam przy ulicy albo w gbi ogrodw malownicze wille,
ozdobne budynki bogaczy. W przerwach midzy nimi widniay parki i mury
sadw. Obraz przypomina z daleka ulic Leszniask w jej dolnych i
rzadko zwiedzanych okolicach. wiato ksiyca, rozpuszczone w
tysicznych barankach, w uskach srebrnych na niebie, byo blade i tak
jasne jak w dzie--tylko parki i ogrody czerniay w tym srebrnym
krajobrazie. Przyjrzawszy si bacznie jednemu z budynkw, doszedem do
przekonania, e mam przed sob tyln i nigdy nie widzian stron gmachu
gimnazjalnego. Wanie dochodziem do bramy, ktra ku memu zdziwieniu
bya otwarta, sie owietlona. Wszedem i znalazem si na czerwonym
chodniku korytarza. Miaem nadziej, e zdoam nie spostrzeony
przekra si przez budynek i wyj przedni bram, skracajc sobie
znakomicie drog. Przypomniaem sobie, e o tej pnej godzinie musi si
w sali profesora Arendta odbywa jedna z lekcyj nadobowizkowych,
prowadzona w pn noc, na ktre zbieralimy si zimow por, ponc
szlachetnym zapaem do wicze rysunkowych, jakim natchn nas ten
znakomity nauczyciel. Maa gromadka pilnych gubia si prawie w wielkiej
ciemnej sali, na ktrej cianach ogromniay i amay si cienie naszych
gw, rzucane od dwch maych wieczek poncych w szyjkach butelek.
Prawd mwic, niewielemy podczas tych godzin rysowali i profesor nie
stawia zbyt cisych wymaga. Niektrzy przynosili sobie z domu
poduszki i ukadali si na awkach do powierzchownej drzemki. I tylko
najpilniejsi rysowali pod sam wiec, w zotym krgu jej blasku.
Czekalimy zazwyczaj dugo na przyjcie profesora, nudzc si wrd
sennych rozmw. Wreszcie otwieray si drzwi jego pokoju i wchodzi--
may, z pikn brod, peen ezoterycznych umiechw, dyskretnych
przemilcze i aromatu tajemnicy. Szybko zaciska za sob drzwi gabinetu,
przez ktre w momencie otworzenia toczya si za jego gow ciba
gipsowych cieni, fragmentw klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i
Tantalidw, cay smutny i jaowy Olimp, widncy od lat w tym muzeum
gipsw. Zmierzch tego pokoju mtnia i za dnia i przelewa si sennie od
gipsowych marze, pustych spojrze, bledncych owali i zamyle
odchodzcych w nico. Lubilimy nieraz podsuchiwa pod drzwiami--
ciszy, penej westchnie i szeptw tego kruszejcego w pajczynach
rumowiska, tego rozkadajcego si w nudzie i monotonii zmierzchu bogw.
Profesor przechadza si dostojnie, peen namaszczenia, wzdu pustych
awek, wrd ktrych rozrzuceni maymi grupkami, rysowalimy co w
szarym odblasku nocy zimowej. Byo zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie
koledzy moi ukadali si do snu. wieczki powoli dogasay w butelkach.
Profesor pogra si w gbok witryn, pen starych foliaw,
staromodnych ilustracyj, sztychw i drukw. Pokazywa nam wrd
ezoterycznych gestw stare litografie wieczornych pejzay, gstwiny
nocne, aleje zimowych parkw, czerniejce na biaych drogach
ksiycowych. Wrd sennych rozmw upywa niespostrzeenie czas i bieg
nierwnomiernie, robic niejako wzy w upywie godzin, poykajc kdy
cae puste interway trwania, Niespostrzeenie, bez przejcia,
odnajdywalimy nasz czered ju w drodze powrotnej na biaej od niegu
ciece szpaleru, flankowanej czarn, such gstwin krzakw. Szlimy
wzdu tego wochatego brzegu ciemnoci, ocierajc si o niedwiedzie
futro krzakw, trzaskajcych pod naszymi nogami w jasn noc
bezksiycow, w mleczny, faszywy dzie, daleko po pnocy. Rozprszona
biel tego wiata, mca ze niegu, z bladego powietrza, z mlecznych
przestworzy, bya jak szary papier sztychu, na ktrym gbok czerni
pltay si kreski i szrafirunki gstych zaroli. Noc powtarzaa teraz
gboko po pnocy te serie nokturnw, sztychw nocnych profesora
Arendta, kontynuowaa jego fantazje. W tej czarnej gstwinie parku, we
wochatej sierci zaroli, w masie kruchego chrustu byy miejscami
nisze, gniazda najgbszej puszystej czarnoci, pene pltaniny,
sekretnych gestw, bezadnej rozmowy na migi. Byo w tych gniazdach
zacisznie i ciepo. Siadalimy tam na letnim mikkim niegu w naszych
wochatych paszczach, zajadajc orzechy, ktrych pena bya leszczynowa
ta gstwina w ow wiosenn zim. Przez zarola przewijay si bezgonie
kuny, asice i ichneumony, futrzane, wszce zwierztka, mierdzce
kouchem, wyduone, na niskich apkach. Podejrzewalimy, e byy midzy
nimi okazy gabinetu szkolnego, ktre cho wypatroszone i ysiejce,
uczuway w t bia noc w swym pustym wntrzu gos starego instynktu,
gos rui, i wracay do matecznika na krtki, zudny ywot. Ale powoli
fosforescencja wiosennego niegu mtniaa i gasa i nadchodzia czarna i
gsta oma przed witem. Niektrzy z nas zasypiali w ciepym niegu,
inni domacywali si w gstwinie bram swych domw, wchodzili omackiem do
ciemnych wntrzy, w sen rodzicw i braci, w dalszy cig gbokiego
chrapania, ktre doganiali na swych spnionych drogach. Te nocne seanse
pene byy dla mnie tajemnego uroku, nie mogem i teraz pomin
sposobnoci, by nie zagldn na moment do sali rysunkowej,
postanawiajc, e nie pozwol si tam zatrzyma duej nad krtk
chwilk. Ale wstpujc po tylnych, cedrowych schodach, penych
dwicznego rezonansu, poznaem, e znajduj si w obcej, nigdy nie
widzianej stronie gmachu. Najlejszy szmer nie przerywa tu solennej
ciszy. Korytarze byy w tym skrzydle obszerniejsze, wysane pluszowym
dywanem i pene wytwornoci. Mae, ciemno ponce lampy wieciy na ich
zagiciach. Minwszy jedno takie kolano, znalazem si na korytarzu
jeszcze wikszym, strojnym w przepych paacowy. Jedna jego ciana
otwieraa si szerokimi, szklanymi arkadami do wntrza mieszkania.
Zaczynaa si tu przed oczyma duga amfilada pokojw, biegncych w gb
i urzdzonych z olniewajc wspaniaoci. Szpalerem obi jedwabnych,
luster zoconych, kosztownych mebli i krysztaowych pajkw bieg wzrok
w puszysty misz tych zbytkownych wntrzy, penych kolorowego wirowania
i migotliwych arabesek, plczcych si girland i pczkujcych kwiatw.
Gboka cisza tych pustych salonw pena bya tylko tajnych spojrze,
ktre oddaway sobie zwierciada, i popochu arabesek, biegncych wysoko
fryzami wzdu cian i gubicych si w sztukateriach biaych sufitw. Z
podziwem i czci staem przed tym przepychem, domylaem si, e nocna
moja eskapada zaprowadzia mnie niespodzianie w skrzydo dyrektora,
przed jego prywatne mieszkanie. Staem przygwodony ciekawoci, z
bijcym sercem, gotw do ucieczki za najlejszym szmerem. Jake mgbym,
przyapany, usprawiedliwi to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwae
wcibstwo? W ktrym z gbokich pluszowych foteli moga, nie
dostrzeona i cicha, siedzie creczka dyrektora i podnie nagle na
mnie oczy znad ksiki--czarne, sybiliskie, spokojne oczy, ktrych
spojrzenia nikt z nas wytrzyma nie umia. Ale cofn si w poowie
drogi, nie dokonawszy powzitego planu, poczytabym by sobie za
tchrzostwo. Zreszt gboka cisza panowaa dookoa w penych przepychu
wntrzach, owietlonych przymionym wiatem nie okrelonej pory. Przez
arkady korytarza widziaem na drugim kocu wielkiego salonu due,
oszklone drzwi, prowadzce na taras. Byo tak cicho wokoo, e nabraem
odwagi. Nie wydawao mi si to poczone ze zbyt wielkim ryzykiem, zej
z paru stopni, prowadzcych do poziomu sali, w kilku susach przebiegn
wielki, kosztowny dywan i znale si na tarasie, z ktrego bez trudu
dosta si mogem na dobrze mi znan ulic. Uczyniem tak. Zeszedszy na
parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelajce tam z wazonw a do
arabesek sufitu, spostrzegem, e znajduj si ju waciwie na gruncie
neutralnym, gdy salon nie mia wcale przedniej ciany. By on rodzajem
wielkiej loggii, czcej si przy pomocy paru stopni z placem miejskim.
Bya to niejako odnoga tego placu i niektre meble stay ju na bruku.
Zbiegem z kilku kamiennych schodw i znalazem si znw na ulicy.
Konstelacje stay ju stromo na gowie, wszystkie gwiazdy przekrciy
si na drug stron, ale ksiyc, zagrzebany w pierzyny oboczkw, ktre
rozwietla sw niewidzialn obecnoci, zdawa si mie przed sob
jeszcze nieskoczon drog i, zatopiony w swych zawiych procederach
niebieskich, nie myla o wicie. Na ulicy czerniao kilka doroek,
rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemice kraby czy karakony.
Wonica nachyli si z wysokiego koza. Mia twarz drobn, czerwon i
dobroduszn.--Pojedziemy, paniczu?--zapyta. Powz zadygota we
wszystkich stawach i przegubach swego wieloczonkowego ciaa i ruszy na
lekkich obrczach. Ale kto w tak noc powierza si kaprysom
nieobliczalnego dorokarza? Wrd klekotu szprych, wrd dudnienia puda
i budy nie mogem porozumie si z nim co do celu drogi. Kiwa na
wszystko niedbale i pobaliwie gow i podpiewywa sobie, jadc drog
okrn przez miasto. Przed jakim szynkiem staa grupa dorokarzy,
kiwajc na przyjanie rkami. Odpowiedzia im co radonie, po czym nie
zatrzymujc pojazdu, rzuci mi lejce na kolana, spuci si z koza i
przyczy do gromady kolegw. Ko, stary mdry ko dorokarski,
ogldn si pobienie i pojecha dalej jednostajnym, dorokarskim
kusem. Waciwie ko ten budzi zaufanie--wydawa si mdrzejszy od
wonicy. Ale powozi nie umiaem--trzeba si byo zda na jego wol.
Wjechalimy na podmiejsk ulic ujt z obu stron w ogrody. Ogrody te
przechodziy zwolna, w miar posuwania si, w parki wielkodrzewne, a te
w lasy. Nie zapomn nigdy tej jazdy wietlistej w najjaniejsz noc
zimow. Kolorowa mapa niebios wyogromniaa w kopu niezmiern, na
ktrej spitrzyy si fantastyczne ldy, oceany i morza, porysowane
liniami wirw i prdw gwiezdnych, wietlistymi liniami geografii
niebieskiej. Powietrze stao si lekkie do oddychania i wietlane jak
gaza srebrna. Pachniao fiokami. Spod wenianego jak biae karakuy
niegu wychylay si anemony drce, z iskr wiata ksiycowego w
delikatnym kielichu. Las cay zdawa si iluminowa tysicznymi
wiatami, gwiazdami, ktre rzsicie roni grudniowy firmament.
Powietrze dyszao jak tajn wiosn, niewypowiedzian czystoci niegu
i fiokw. Wjechalimy w teren pagrkowaty. Linie wzgrzy, wochatych
nagimi rzgami drzew, podnosiy si jak bogie westchnienia w niebo.
Ujrzaem na tych szczliwych zboczach cae grupy wdrowcw,
zbierajcych wrd mchu i krzakw opade i mokre od niegu gwiazdy.
Droga staa si stroma, ko polizgiwa si i z trudem cign pojazd,
grajcy wszystkimi przegubami. Byem szczliwy. Pier moja wchaniaa
t bog wiosn powietrza, wieo gwiazd i niegu. Przed piersi konia
zbiera si wa biaej piany nienej, coraz wyszy i wyszy. Z trudem
przekopywa si ko przez czyst i wie jego mas. Wreszcie usta.
Wyszedem z doroki. Dysza ciko ze zwieszon gow. Przytuliem jego
eb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lniy zy. Wtedy
ujrzaem na jego brzuchu okrg czarn ran.---Dlaczego mi nie
powiedziae?--szepnem ze zami.--Drogi mj--to dla ciebie--rzek
i sta si bardzo may, jak konik z drzewa. Opuciem go. Czuem si
dziwnie lekki i szczliwy. Zastanawiaem si, czy czeka na ma
kolejk lokaln, ktra tu zajedaa, czy te pieszo wrci do miasta.
Zaczem schodzi strom serpentyn wrd lasu, pocztkowo idc krokiem
lekkim, elastycznym, potem, nabierajc rozpdu, przeszedem w posuwisty
szczliwy bieg, ktry zmieni si wnet w jazd jak na nartach. Mogem
dowoli regulowa szybko, kierowa jazd przy pomocy lekkich zwrotw
ciaa. W pobliu miasta zahamowaem ten bieg tryumfalny, zmieniajc go
na przyzwoity krok spacerowy. Ksiyc sta jeszcze cigle wysoko.
Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepie w coraz to
kunsztowniejsze konfiguracje nie miay koca. Jak srebrne astrolabium
otwierao niebo w t noc czarodziejsk mechanizm wntrza i ukazywao w
nieskoczonych ewolucjach zocist matematyk swych k i trybw. Na
rynku spotkaem ludzi zaywajcych przechadzki. Wszyscy, oczarowani
widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.
Troska o portfel opucia mnie zupenie. Ojciec, pogrony w swych
dziwactwach, zapewne zapomnia ju o zgubie, o matk nie dbaem. W tak
noc, jedyn w roku, przychodz szczliwe myli, natchnienia, wieszcze
tknicia palca boego. Peen pomysw i inspiracji, chciaem skierowa
si do domu, gdy zaszli mi drog koledzy z ksikami pod pach. Zbyt
wczenie wyszli do szkoy, obudzeni jasnoci tej nocy, ktra nie
chciaa si skoczy. Poszlimy gromad na spacer stromo spadajc
ulic, z ktrej wia powiew fiokw, niepewni, czy to jeszcze magia nocy
srebrzya si na niegu, czy te wit ju wstawa...

ULICA KROKODYLI Mj ojciec przechowywa w dolnej szufladzie swego
gbokiego biurka star i pikn map naszego miasta. By to cay
wolumen in folio pergaminowych kart, ktre pierwotnie spojone skrawkami
ptna, tworzyy ogromn map cienn w ksztacie panoramy z ptasiej
perspektywy. Zawieszona na cianie, zajmowaa niemal przestrze caego
pokoju i otwieraa daleki widok na ca dolin Tymienicy, wijcej si
falisto bladozot wstg, na cae pojezierze szeroko rozlanych moczarw
i staww, na pofadowane przedgrza, cignce si ku poudniowi, naprzd
z rzadka, potem coraz tumniejszymi pasmami, szachownic okrgawych
wzgrzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miar jak odchodziy ku
zotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwidej dali peryferii
wynurzao si miasto i roso ku przodowi, naprzd jeszcze w nie
zrnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domw,
poprzecinanych gbokimi parowami ulic, by bliej jeszcze wyodrbni si
w pojedyncze kamienice, sztychowane z ostr wyrazistoci widokw
ogldanych przez lunet. Na tych bliszych planach wydoby sztycharz
cay zawikany i wieloraki zgiek ulic i zaukw, ostr wyrazisto
gzymsw, architraww, archiwolt i pilastrw, wieccych w pnym i
ciemnym zocie pochmurnego popoudnia, ktre pogra wszystkie zaomy i
framugi w gbokiej sepii cienia. Bryy i pryzmy tego cienia wcinay
si, jak plastry ciemnego miodu, w wwozy ulic, zatapiay w swej
ciepej, soczystej masie tu ca poow ulicy, tam wyom midzy domami,
dramatyzoway i orkiestroway ponur romantyk cieni t wielorak
polifoni architektoniczn. Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych
prospektw, okolica Ulicy Krokodylej wiecia pust biel, jak na
kartach geograficznych zwyko si oznacza okolice podbiegunowe, krainy
niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam
byy czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym
pimie, w odrnieniu od szlachetnej antykwy innych napisw. Widocznie
kartograf wzbrania si uzna przynaleno tej dzielnicy do zespou
miasta i zastrzeenie swe wyrazi w tym odrbnym i postponujcym
wykonaniu. Aby zrozumie t rezerw, musimy ju teraz zwrci uwag na
dwuznaczny i wtpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegajcy od
zasadniczego tonu caego miasta. By to dystrykt przemysowo-handlowy z
podkrelonym jaskrawo charakterem trzewej uytkowoci. Duch czasu,
mechanizm ekonomiki, nie oszczdzi i naszego miasta i zapuci korzenie
na skrawku jego peryferii, gdzie rozwin si w pasoytnicz dzielnic.
Kiedy w starym miecie panowa wci jeszcze nocny, poktny handel,
peen solennej ceremonialnoci, w tej nowej dzielnicy rozwiny si od
razu nowoczesne, trzewe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,
zaszczepiony na starym, zmurszaym gruncie miasta, wystrzeli tu bujn,
lecz pust i bezbarwn wegetacj tandetnej, lichej pretensjonalnoci.
Widziao si tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych
fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popkanego gipsu.
Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymay szybko sklecone portale, ktre
dopiero blisze przyjrzenie demaskowao jako ndzne imitacje
wielkomiejskich urzdze. Wadliwe, mtne i brudne szyby, amice w
falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,
szara atmosfera jaowych tych wntrzy, osiadajcych pajczyn i kakami
kurzu na wysokich pkach i wzdu odartych i kruszcych si cian,
wyciskay tu, na sklepach, pitno dzikiego Klondike'u. Tak cigny si
jeden za drugim, magazyny krawcw, konfekcje, skady porcelany,
drogerie, zakady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiy
ukonie lub w pkolu biegnce napisy ze zoconych plastycznych liter:
CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkacy miasta
trzymali si z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,
przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gstoci, przez istn
lichot moraln, t tandetn odmian czowieka, ktra rodzi si w takich
efemerycznych rodowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej
pokusy zdarzao si, e ten lub w z mieszkacw miasta zabkiwa si
na wp przypadkiem w t wtpliw dzielnic. Najlepsi nie byli czasem
wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i
hierarchii, pawienia si w tym pytkim bocie wsplnoty, atwej
intymnoci, brudnego zmieszania. Dzielnica ta bya eldoradem takich
dezerterw moralnych, takich zbiegw spod sztandaru godnoci wasnej.
Wszystko zdawao si tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszao
sekretnym mrugniciem, cynicznie artykuowanym gestem, wyranie
przymruonym perskim okiem--do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalao
z pt nisk natur. Mao kto, nie uprzedzony, spostrzega dziwn
osobliwo tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w
popiechu wyrosym miecie nie mona byo sobie pozwoli na luksus
kolorw. Wszystko tam byo szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak
w ilustrowanych prospektach. Podobiestwo to wychodzio poza zwyk
metafor, gdy chwilami, wdrujc po tej czci miasta, miao si w
istocie wraenie, e wertuje si w jakim prospekcie, w nudnych
rubrykach komercjalnych ogosze, wrd ktrych zagniedziy si
pasoytniczo podejrzane anonse, draliwe notatki, wtpliwe ilustracje; i
wdrwki te byy rwnie jaowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,
pdzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych drukw. Wchodzio si
do jakiego krawca, eby zamwi ubranie--ubranie o taniej elegancji,
tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal by wielki i pusty,
bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopitrowe pki wznosz si jedne
nad drugimi w nie okrelon wysoko tej hali. Kondygnacje pustych pek
wyprowadzaj wzrok w gr a pod sufit, ktry moe by niebem--lichym,
bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,
ktre wida przez otwarte drzwi, pene s a pod sufit pude i kartonw,
pitrzcych si ogromn kartotek, ktra rozpada si w grze, pod
zagmatwanym niebem strychu w kubatur pustki, w jaowy budulec nicoci.
Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru
kancelaryjnego, nie wchodzi wiato, gdy przestrze sklepu ju
napeniona jest, jak wod, indyferentn szar powiat, ktra nie rzuca
cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija si jaki smuky
modzieniec, zadziwiajco usuny, gitki i nieodporny, aeby dogodzi
naszym yczeniom i zala nas tani i atw wymow subiekta. Ale gdy,
gadajc, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, faduje i drapuje
niekoczc si strug materiau, przepywajc przez jego rce,
formujc z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, caa ta manipulacja
wydaje si czym nieistotnym, pozorem, komedi, ironicznie zarzucon
zason na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smuke i czarne,
kada z jak skaz piknoci (charakterystyczn dla tej dzielnicy
wybrakowanych artykuw), wchodz i wychodz, staj w drzwiach
magazynw, sondujc oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona dowiadczonym
rkom subiekta) dojrzewa do punktu waciwego. Subiekt przymila si i
kryguje i chwilami robi wraenie transwestyty. Chciaoby si go uj pod
mikko zarysowan brod lub uszczyp-n w upudrowany blady policzek, gdy
z porozumiewawczym pspojrzeniem dyskretnie zwraca uwag na mark
ochronn towaru, mark o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru
ubrania schodzi na plan dalszy. Ten mikki do efeminacji i zepsuty
modzieniec, peen zrozumienia dla najintymniejszych porusze klienta,
przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, ca
bibliotek znakw ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego
zbieracza. Pokazywao si wwczas, e magazyn konfekcji by tylko
fasad, za ktr krya si antykwarnia, zbir wysoce dwuznacznych
wydawnictw i drukw prywatnych. Usuny subiekt otwiera dalsze skady,
wypenione a pod sufit ksikami, rycinami, fotografiami. Te winiety,
te ryciny przechodz stokrotnie najmielsze nasze marzenia. Takich
kulminacyj zepsucia, takich wymylnoci wyuzdania nie przeczuwalimy
nigdy. Panienki sklepowe przesuwaj si coraz czciej pomidzy
szeregami ksiek, szare i papierowe, ale pene pigmentu w zepsutych
twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lnicej i tustej czarnoci,
ktra zaczajona w oczach, z naga wybiegaa z nich zygzakiem lnicego
karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumiecach, w pikantnych stygmatach
pieprzykw, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzaa si rasa
zapiekej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka
gsta i aromatyczna zdawaa si plami ksiki, ktre bray one do
oliwkowej doni, ich dotknicia zdaway si je farbowa i zostawia w
powietrzu ciemny deszcz piegw, smug tabaki, jak purchawka o
podniecajcej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwizo zrzucaa
coraz bardziej hamulce pozorw. Subiekt, wyczerpawszy sw natarczyw
aktywno, przechodzi powoli do kobiecej biernoci. Ley teraz na
jednej z wielu kanap, porozstawianych wrd rejonw ksiek, w jedwabnej
pidamie, odsaniajcej kobiecy dekolt. Panienki demonstruj, jedna
przed drug, figury i pozycje rycin okadkowych, inne zasypiaj ju na
prowizorycznych posaniach. Nacisk na klienta rozlunia si.
Wypuszczano go z krgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie
samemu. Subiektki, zajte rozmow, nie zwracay na wicej uwagi.
Odwrcone do niego tyem lub bokiem, przystaway w aroganckim kontra
pocie, przestpoway z nogi na nog, grajc kokieteryjnym obuwiem,
przepuszczay z gry na d po smukym ciele wow gr czonkw,
atakujc ni spoza swej niedbaej nieodpowiedzialnoci podnieconego
widza, ktrego ignoroway. Tak cofano si, wsuwano w gb z
wyrachowaniem, otwierajc woln przestrze dla aktywnoci gocia.
Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, aeby wymkn si nieprzewidzianym
konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydosta si na ulic. Nikt nas nie
zatrzymuje. Przez korytarze ksiek, pomidzy dugimi regaami czasopism
i drukw wydostajemy si ze sklepu i oto jestemy w tym miejscu Ulicy
Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu wida niemal ca dugo
tego szerokiego traktu a do dalekich, nie wykoczonych zabudowa dworca
kolejowego. Jest to szary dzie, jak zawsze w tej okolicy, i caa
sceneria wydaje si chwilami fotografi z ilustrowanej gazety, tak
szare, tak paskie s domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywisto jest
cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza sw imitatywno.
Chwilami ma si wraenie, e tylko na maym skrawku przed nami ukada
si wszystko przykadnie w ten pointowany obraz bulwaru
wielkomiejskiego, gdy tymczasem ju na bokach rozwizuje si i rozprzga
ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwa w swej roli, rozpada
si za nami w gips i pakuy, w rupieciarni jakiego ogromnego pustego
teatru. Napicie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos dry na
tym naskrku. Ale dalecy jestemy od chci demaskowania widowiska. Wbrew
lepszej wiedzy czujemy si wcignici w tandetny czar dzielnicy. Zreszt
nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzdy maych,
parterowych domkw podmiejskich zmieniaj si z wielopitrowymi
kamienicami, ktre zbudowane jak z kartonu, s konglomeratem szyldw,
lepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerw. Pod
domami pynie rzeka tumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,
ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pena
wybojw, kauy i trawy. Ruch uliczny dzielnicy suy do porwna w tym
miecie, mieszkacy mwi o nim z dum i porozumiewawczym byskiem w
oku. Szary, bezosobisty ten tum jest nader przejty sw rol i peen
gorliwoci w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo
zaaferowania i interesownoci, ma si wraenie bdnej, monotonnej,
bezcelowej wdrwki, jakiego sennego korowodu marionetek. Atmosfera
dziwnej bahoci przenika t ca sceneri. Tum pynie monotonnie i,
rzecz dziwna, widzi si go zawsze jakby niewyranie, figury przepywaj
w spltanym, agodnym zgieku, nie dochodzc do zupenej wyrazistoci.
Czasem tylko wyawiamy z tego gwaru wielu gw jakie ciemne, ywe
spojrzenie, jaki czarny melonik nasunity gboko na gow, jakie p
twarzy rozdarte umiechem, z ustami, ktre wanie co powiedziay,
jak nog wysunit w kroku i tak ju zastyg na zawsze. Osobliwoci
dzielnicy s doroki bez wonicw, biegnce samopas po ulicach. Nie
jakoby nie byo tu dorokarzy, ale wmieszani w tum i zajci tysicem
spraw, nie troszcz si o swe doroki. W tej dzielnicy pozoru i pustego
gestu nie przywizuje si zbytniej wagi do cisego celu jazdy i
pasaerowie powierzaj si tym bdnym pojazdom z lekkomylnoci, ktra
cechuje tu wszystko. Nieraz mona ich widzie na niebezpiecznych
zakrtach, wychylonych daleko z poamanej budy, jak z lejcami w doniach
przeprowadzaj z nateniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej
dzielnicy take tramwaje. Ambicja rajcw miejskich wici tu najwyszy
swj triumf. Ale poaowania godny jest widok tych wozw, zrobionych z
papier mch, o cianach powyginanych i zmitych od wieloletniego
uytku. Czsto brak im zupenie przedniej ciany tak, e widzie mona w
przejedzie pasaerw, siedzcych sztywnie i zachowujcych si z wielk
godnoci. Tramwaje te popychane s przez tragarzy miejskich.
Najdziwniejsz atoli rzecz jest komunikacja kolejowa na Ulicy
Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzie ku kocowi
tygodnia mona zauway tum ludzi czekajcych na zakrcie ulicy na
pocig. Nie jest si nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i
zdarza si czsto, e ludzie ustawiaj si w dwch rnych punktach, nie
mogc uzgodni swych pogldw na miejsce przystanku. Czekaj dugo i
stoj czarnym milczcym tumem wzdu ledwo zarysowanych ladw toru, z
twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wycitych w
fantastyczn lini zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeda, ju
wjecha z bocznej uliczki, skd go oczekiwano, niski jak w,
miniaturowy, z ma, sapic, krp lokomotyw. Wjecha w ten czarny
szpaler i ulica staje si ciemna od tego cigu wozw, siejcych py
wglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, penej smutku,
tumiony popiech i zdenerwowanie zamieniaj ulic na chwil w hal
dworca kolejowego w szybko zapadajcym zmierzchu zimowym. Plag naszego
miasta jest aiota biletw kolejowych i przekupstwo. W ostatniej
chwili, gdy pocig ju stoi na stacji, tocz si w nerwowym popiechu
pertraktacje z przekupnymi urzdnikami linii elaznej. Zanim te
negocjacje si kocz, pocig rusza, odprowadzany przez wolno suncy,
rozczarowany tum, ktry odprowadza go daleko, aeby si wreszcie
rozproszy. Ulica, zacieniona na chwil do tego zaimprowizowanego
dworca, penego zmierzchu i tchnienia dalekich drg--rozwidnia si
znowu, rozszerza i przepuszcza znw swym korytem beztroski monotonny
tum spacerowiczw, ktry wdruje wrd gwaru rozmw wzdu wystaw
sklepowych, tych brudnych, szarych czworobokw, penych tandetnych
towarw, wielkich woskowych manekinw i lalek fryzjerskich. Wyzywajco
ubrane, w dugich koronkowych sukniach przechodz prostytutki. Mog to
by zreszt ony fryzjerw lub kapelmistrzw kawiarnianych. Id
drapienym, posuwistym krokiem i maj w niedobrych, zepsutych twarzach
nieznaczn skaz, ktra je przekrela: zezuj czarnym, krzywym zezem lub
maj usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkacy miasta dumni
s z tego odoru zepsucia, ktrym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy
potrzeby niczego sobie odmawia--myl z dum--sta nas i na prawdziw
wielkomiejsk rozpust. Twierdz oni, e kada kobieta w tej dzielnicy
jest kokot. W istocie wystarczy zwrci uwag na ktr--a natychmiast
spotyka si to uporczywe, lepkie spojrzenie, ktre nas zmraa rozkoszn
pewnoci. Nawet dziewczta szkolne nosz tu w pewien charakterystyczny
sposb kokardy, stawiaj swoist manier smuke nogi i maj t nieczyst
skaz w spojrzeniu, w ktrej ley preformowane przysze zepsucie. A
jednak--a jednak czy mamy zdradzi ostatni tajemnic tej dzielnicy,
troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie
naszego sprawozdania stawialimy pewne znaki ostrzegawcze, dawalimy w
delikatny sposb wyraz naszym zastrzeeniom. Uwany czytelnik nie bdzie
nie przygotowany na ten ostateczny obrt sprawy. Mwilimy o
imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale sowa te maj
zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by okreli poowiczny i
niezdecydowany charakter jej rzeczywistoci. Jzyk nasz nie posiada
okrele, ktre by dozoway niejako stopie realnoci, definioway jej
gitko. Powiedzmy bez ogrdek: fatalnoci tej dzielnicy jest, e nic
w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,
wszystkie ruchy rozpoczte zawisaj w powietrzu, wszystkie gesty
wyczerpuj si przedwczenie i nie mog przekroczy pewnego martwego
punktu. Moglimy ju zauway wielk bujno i rozrzutno--w
intencjach, w projektach i antycypacjach, ktra cechuje t dzielnic.
Caa ona nie jest niczym innym jak fermentacj pragnie, przedwczenie
wybuja i dlatego bezsiln i pust. W atmosferze nadmiernej atwoci
kiekuje tutaj kada najlejsza zachcianka, przelotne napicie puchnie i
ronie w pust, wydt narol, wystrzela szara i lekka wegetacja
puszystych chwastw, bezbarwnych wochatych makw, zrobiona z niewakiej
tkanki majaku i haszyszu. Nad ca dzielnic unosi si leniwy i
rozwizy fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydaj si niekiedy
dreszczem na jej gorczkujcym ciele, gsi skrk na jej febrycznych
marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy si tak zagroeni
moliwociami, wstrznici bliskoci spenienia, pobladli i bezwadni
rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym si te koczy.
Przekroczywszy pewien punkt napicia, przypyw zatrzymuje si i cofa,
atmosfera ganie i przekwita, moliwoci widn i rozpadaj si w
nico, oszalae szare maki ekscytacji rozsypuj si w popi. Bdziemy
wiecznie aowali, emy wtedy wyszli na chwil z magazynu konfekcji
podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy ju do z powrotem. Bdziemy
bdzili od szyldu do szyldu i mylili si setki razy. Zwiedzimy
dziesitki magazynw, trafimy do cakiem podobnych, bdziemy wdrowali
przez szpalery ksiek, wertowali czasopisma i druki, konferowali dugo
i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skaonej piknoci, ktre
nie potrafi zrozumie naszych ycze. Bdziemy si wikali w
nieporozumieniach, a caa nasza gorczka i podniecenie ulotni si w
niepotrzebnym wysiku, w straconej na prno gonitwie. Nasze nadzieje
byy nieporozumieniem, dwuznaczny wygld lokalu i suby- pozorem,
konfekcja bya prawdziw konfekcj, a subiekt nie mia adnych ukrytych
intencyj. wiat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza si cakiem miernym
zepsuciem, zaguszonym grubymi warstwami przesdw moralnych i banalnej
pospolitoci. W tym miecie taniego materiau ludzkiego brak take
wybujaoci instynktu, brak niezwykych i ciemnych namitnoci. Ulica
Krokodyli bya koncesj naszego miasta na rzecz nowoczesnoci i zepsucia
wielkomiejskiego. Widocznie nie sta nas byo na nic innego jak na
papierow imitacj, jak na fotomonta zoony z wycinkw zleaych,
zeszorocznych gazet.

KARAKONY Byo to w okresie szarych dni, ktre nastpiy po wietnej
kolorowoci genialnej epoki mego ojca. Byy to dugie tygodnie depresji,
cikie tygodnie bez niedziel i wit, przy zamknitym niebie i w
zuboaym krajobrazie. Ojca ju wwczas nie byo. Grne pokoje
wysprztano i wynajto pewnej telefonistce. Z caego ptasiego
gospodarstwa pozosta nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojcy na
pce w salonie. W chodnym pmroku zamknitych firanek sta on tam,
jak za ycia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mdrca, a gorzka
jego, wyscha twarz ascety skamieniaa w wyraz ostatecznej obojtnoci i
abnegacji. Oczy wypady, a przez wypakane, zawe orbity sypay si
trociny. Tylko rogowate egipskie narole na nagim potnym dziobie i na
ysej szyi, narole i gruzy spowiaobkitnej barwy nadaway tej
starczej gowie co dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego by
ju w wielu miejscach przearty przez mole i gubi mikkie, szare
pierze, ktre Adela raz w tygodniu wymiataa wraz z bezimiennym kurzem
pokoju. W wyysiaych miejscach wida byo workowe, grube ptno, z
ktrego wyaziy kaki konopne. Miaem ukryty al do matki za atwo, z
jak przesza do porzdku dziennego nad strat ojca. Nigdy go nie
kochaa--mylaem--a poniewa ojciec nie by zakorzeniony w sercu
adnej kobiety, przeto nie mg te wr w adn realno i unosi si
wiecznie na peryferii ycia, w prealnych regionach, na krawdziach
rzeczywistosci. Nawet na uczciw obywatelsk mier nie zasuy sobie--
mylaem--wszystko u niego musiao, by dziwaczne i wtpliwe.
Postanowiem w stosownej chwili zaskoczy matk otwart rozmow. Owego
dnia (by ciki dzie zimowy i od rana ju sypa si mikki puch
zmierzchu) matka miaa migren i leaa na sofie samotnie w salonie. W
tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panowa od czasu zniknicia ojca
wzorowy porzdek, pielgnowany woskiem i szczotkami przez Adel. Meble
przykryte byy pokrowcami; wszystkie sprzty podday si elaznej
dyscyplinie, jak Adela roztoczya nad tym pokojem. Tylko pk pir
pawich, stojcych w wazie na komodzie, nie da si utrzyma w ryzach.
By to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjnoci,
jak rozhukana klasa gimnazjastek, pena dewocji w oczy, a rozpustnej
swawoli poza oczyma. widroway te oczy dzie cay i wierciy dziury w
cianach, mrugay, toczyy si, trzepocc rzsami, z palcem przy
ustach, jedne przez drugie, pene chichotu i psoty. Napeniay pokj
wiergotem i szeptem, rozsypyway si, jak motyle, dookoa
wieloramiennej lampy, uderzay tumem barwnym w matowe, starcze dziurki
od kluczy. Nawet w obecnoci matki, lecej z zawizan gow na sofie,
nie mogy si powstrzyma, robiy perskie oczko, daway sobie znaki,
mwiy niemym, kolorowym alfabetem, penym sekretnych znacze. Irytowao
mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z
kolanami przycinitymi do sofy matki, badajc dwoma palcami, jakby w
zamyleniu, delikatn materi jej szlafroka, rzekem niby mimochodem:--
Chciaem ci ju od dawna zapyta: prawda, e to jest on?--I chocia
nie wskazaem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgada od razu,
zmieszaa si bardzo i spucia oczy. Daem umylnie upyn chwili,
eby wykosztowa jej zmieszanie, po czym z caym spokojem, opanowujc
wzbierajcy gniew, spytaem:--Jaki sens maj w takim razie te wszystkie
plotki i kamstwa, ktre rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, ktre w
pierwszej chwili rozpady si byy w panice, zaczy si znowu
porzdkowa.--Jakie kamstwa?--spytaa mrugajc oczyma, ktre byy
puste, nalane ciemnym bkitem, bez biaka.--Znam je od Adeli--rzekem
- ale wiem, e pochodz od ciebie; chc wiedzie prawd. Usta jej dray
lekko, renice, unikajc mego wzroku, powdroway w kt oka.--Nie
kamaam--rzeka, a usta- jej napczniay i stay si mae zarazem.
Uczuem, e mnie kokietuje jak kobieta mczyzn.--Z tymi karakonami to
prawda--sam przecie pamitasz...--Zmieszaem si. Pamitaem w
istocie t inwazj karakonw, ten zalew czarnego rojowiska, ktre
napeniao ciemno nocn, pajcz bieganin. Wszystkie szpary pene
byy drgajcych wsw, kada szczelina moga wystrzeli z naga
karakonem, z kadego pknicia podogi moga zlgn si ta czarna
byskawica, lecca oszalaym zygzakiem po pododze. Ach, ten dziki obd
popochu, pisany byszczc, czarn lini na tablicy podogi. Ach, te
krzyki grozy ojca, skaczcego z krzesa na krzeso z dzirytem w rku.
Nie przyjmujc jada ani napoju, z wypiekami gorczki na twarzy, z
konwulsj wstrtu wryt dookoa ust, ojciec mj zdzicza zupenie. Jasne
byo, e tego napicia nienawici aden organizm dugo wytrzyma nie
moe. Straszliwa odraza zamieniaa jego twarz w sta mask tragiczn,
w ktrej tylko renice, ukryte za doln powiek, leay na czatach,
napite jak ciciwy, w wiecznej podejrzliwoci. Z dzikim wrzaskiem
zrywa si nagle z siedzenia, lecia na olep w kt pokoju i ju
podnosi dziryt, na ktrym utkwiony ogromny karakon przebiera
rozpaczliwie gmatwanin swych ng. Adela przychodzia wwczas blademu ze
zgrozy z pomoc i odbieraa lanc wraz z utkwionym trofeum, aeby j
utopi w cebrzyku. Ju wwczas jednak nie umiabym by powiedzie, czy
obrazy te zaszczepiy mi opowiadania Adeli, czy te sam byem ich
wiadkiem. Ojciec mj nie posiada ju wtedy tej siy odpornej, ktra
zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrtu. Zamiast odgraniczy si do
straszliwej siy atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mj, wydany na up
szau, wpltywa si w ni coraz bardziej. Smutne skutki nie day dugo
na siebie czeka. Wnet pojawiy si pierwsze podejrzane znaki, ktre
napeniy nas przeraeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmienio si.
Sza jego, euforia jego podniecenia przygasa. W ruchach i mimice jy
si zdradza znaki zego sumienia. Zacz nas unika. Kry si dzie
cay po ktach, w szafach, pod pierzyn. .Widziaem go nieraz, jak w
zamyleniu oglda wasne rce, bada konsystencj skry, paznokci, na
ktrych wystpowa zaczy czarne plamy, jak uski karakona. W dzie
opiera si jeszcze ostatkami si, walczy, ale w nocy fascynacja
uderzaa na potnymi arakami. Widziaem go pn noc, w wietle
wiecy stojcej na pododze. Mj ojciec lea na ziemi nagi, popstrzony
czarnymi plamami totemu, pokrelony liniami eber, fantastycznym
rysunkiem przewiecajcej na zewntrz anatomii, lea na czworakach,
optany fascynacj awersji, ktra go wcigaa w gb swych zawiych
drg. Mj ojciec porusza si wieloczonkowym, skomplikowanym ruchem
dziwnego rytuau, w ktrym ze zgroz poznaem imitacj ceremoniau
karakoniego. Od tego czasu wyrzeklimy si ojca. Podobiestwo do
karakona wystpowao z dniem kadym wyraniej--mj ojciec zamienia si
w karakona. Zaczlimy si przyzwyczaja do tego. Widywalimy go coraz
rzadziej, caymi tygodniami znika gdzie na swych karakonich drogach--
przestalimy go odrnia, zla si w zupenoci z tym czarnym
niesamowitym plemieniem. Kto mg powiedzie, czy y gdzie jeszcze w
jakiej szparze podogi, czy przebiega nocami pokoje, zapltany w afery
karakonie, czy te by moe midzy tymi martwymi owadami, ktre Adela co
rana znaj-dowaa brzuchem do gry lece i najeone nogami i ktre ze
wstrtem braa na mietniczk i wyrzucaa?--A jednak--powiedziaem
zdetonowany--jestem pewny, e ten kondor to on.--Matka spojrzaa na
mnie spod rzs:--Nie drcz mnie, drogi--mwiam ci ju przecie, e
ojciec podruje jako komiwojaer po kraju--przecie wiesz, e czasem w
nocy przyjeda do domu, aeby przed witem jeszcze dalej odjecha.

WICHURA Tej dugiej i pustej zimy obrodzia ciemno w naszym miecie
ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt dugo snad nie sprztano na
strychach i w rupieciarniach, staczano garnki na garnkach i flaszki na
flaszkach, pozwalano narasta bez koca pustym bateriom butelek. Tam, w
tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychw i dachw ciemno
zacza si wyradza i dziko fermentowa. Tam zaczy si te czarne
sejmy garnkw, te wiecowania gadatliwe i puste, te bekotliwe
flaszkowania, bulgoty butli i baniek. A pewnej nocy wezbray pod
gontowymi przestworami falangi garnkw i flaszek i popyny wielkim
stoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnite ze strychw,
rozprzestrzeniay si jedne z drugich i wystrzelay czarnymi szpalerami,
a przez przestronne ich echa przebiegay kawalkady tramw i belek,
lansady drewnianych kozw, klkajcych na jodowe kolana, aeby
wypadszy na wolno, napeni przestwory nocy galopem krokwi i
zgiekiem patwi i bantw. Wtedy to wylay si te czarne rzeki, wdrwki
beczek i konwi, i pyny przez noce. Czarne ich, poyskliwe, gwarne
zbiegowiska oblegay miasto. Nocami mrowi si ten ciemny zgiek naczy
i napiera jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujcych
skopcw i bredzcych cebrw. Dudnic dnami, pitrzyy si wiadra, beczki
i konwie, dynday si gliniane stgwie zdunw, stare kapeluchy i
cylindry dandysw gramoliy si jedna na drugie, rosnc w niebo
kolumnami, ktre si rozpaday. I wszystkie koatay niezgrabnie kokami
drewnianych jzykw, mey nieudolnie w drewnianych gbach bekot kltw
i obelg, blunic botem na caej przestrzeni nocy. A dobluniy si,
dokly swego. Przywoane rechotem naczy, rozplotkowanym od brzegu do
brzegu, nadeszy wreszcie karawany, nadcigny potne tabory wichru i
stany nad noc. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstpowa
zacz w potnych krgach ku miastu. I wybucha ciemno ogromn
wzburzon wichur i szalaa przez trzy dni i trzy noce...--Nie
pjdziesz dzi do szkoy--rzeka rano matka--jest straszna wichura na
dworze.--W pokoju unosi si delikatny welon dymu, pachncy ywic. Piec
wy i gwizda, jak gdyby uwizana w nim bya caa sfora psw czy
demonw. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pkatym brzuchu, wykrzywia
si kolorowym grymasem i fantastycznia wzdtymi policzkami. Pobiegem
boso do okna. Niebo wydmuchane byo wzdu i wszerz wiatrami.
Srebrzystobiae i przestronne, porysowane byo w linie si, natone do
pknicia, w srogie bruzdy, jakby zastyge yy cyny i oowiu.
Podzielone na pola energetyczne i drce od napi, pene byo utajonej
dynamiki. Rysoway si w nim diagramy wichury, ktra sama niewidoczna i
nieuchwytna, adowaa krajobraz potg. Nie widziao si jej. Poznawao
si j po domach, po dachach, w ktre wjedaa jej furia. Jeden po
drugim strychy zdaway si rosn i wybucha szalestwem, gdy wstpowaa
w nie jej sia. Ogaacaa place, zostawiaa za sob na ulicach bia
pustk, zamiataa cae poacie rynku do czysta. Ledwie tu i wdzie gi
si pod ni i trzepota, uczepiony wga domu, samotny czowiek. Cay
plac rynkowy zdawa si wybrzusza i lni pust ysin pod jej
potnymi przelotami. Na niebie wydmucha wiatr zimne i martwe kolory,
grynszpanowe, te i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego
labiryntu. Dachy stay pod tymi niebami czarne i krzywe, pene
niecierpliwoci i oczekiwania. Te, w ktre wstpi wicher, wstaway w
natchnieniu, przerastay ssiednie domy i prorokoway pod rozwichrzonym
niebem. Potem opaday i gasy nie mogc duej zatrzyma potnego tchu,
ktry lecia dalej i napenia cay przestwr zgiekiem i przeraeniem.
I znw inne domy wstaway z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i
zwiastoway. Ogromne buki koo kocioa stay z wniesionymi rkami, jak
wiadkowie wstrzsajcych objawie, i krzyczay, krzyczay. Dalej, za
dachami rynku, widziaem dalekie mury ogniowe, nagie ciany szczytowe
przedmiecia. Wspinay si jeden nad drugi i rosy, zesztywniae z
przeraenia i osupiae. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwia je
pnymi kolorami. Nie jedlimy tego dnia obiadu, bo ogie w kuchni
wraca kbami dymu do izby. W pokojach byo zimno i pachniao wiatrem.
Okoo drugiej po poudniu wybuch na przedmieciu poar i rozszerza si
gwatownie. Matka z Adel zaczy pakowa pociel, futra i kosztownoci.
Nadesza noc. Wicher wzmg si na sile i gwatownoci, rozrs si
niepomiernie i obj cay przestwr. Ju teraz nie nawiedza domw i
dachw, ale wybudowa nad miastem wielopitrowy, wielokrotny przestwr,
czarny labirynt, rosncy w nieskoczonych kondygnacjach. Z tego
labiryntu wystrzela caymi galeriami pokojw, wyprowadza piorunem
skrzyda i trakty, toczy z hukiem dugie amfilady, a potem dawa si
zapada tym wyimaginowanym pitrom, sklepieniom i kazamatom i wzbija
si jeszcze wyej, ksztatujc sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.
Pokj dra z lekka, obrazy na cianach brzczay. Szyby lniy si
tustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiay wzdte i pene
tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnielimy sobie, e ojca od rana nie
widziano. Wczesnym rankiem, domylalimy si, musia uda si do sklepu,
gdzie go zaskczya wichura, odcinajc mu powrt.--Cay dzie nic nie
jad--biadaa matka. Starszy subiekt Teodor podj si wyprawi w noc i
wichur, eby zanie mu posiek. Brat mj przyczy si do wyprawy.
Okutani w wielkie niedwiedzie futra, obciyli kieszenie elazkami i
modzierzami, balastem, ktry mia zapobiec porwaniu ich przez wichur.
Ostronie otworzono drzwi prowadzce w noc. Zaledwie subiekt i brat mj
z wzdtymi paszczami wkroczyli jedn nog w ciemno, noc ich pokna
zaraz na progu domu. Wicher zmy momentalnie lad ich wyjcia. Nie wida
byo przez okno nawet latarki, ktr ze sob zabrali. Pochonwszy ich,
wicher na chwil przycich. Adela z matk prboway na nowo rozpali
ogie pod kuchni. Zapaki gasy, przez drzwiczki dmuchao popioem i
sadz. Stalimy pod drzwiami i nasuchiwali. W lamentach wichru daway
si sysze wszelkie gosy, perswazje, nawoywania i gawdy. Zdawao si
nam, e syszymy woanie o pomoc ojca zabkanego w wichurze, to znowu,
e brat z Teodorem gwarz beztrosko pod drzwiami. Wraenie byo tak
udzce, e Adela otworzya drzwi i w samej rzeczy ujrzaa Teodora i
brata mego, wynurzajcych si z trudem z wichury, w ktrej tkwili po
pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskajc z wysikiem drzwi za sob.
Przez chwil musieli wesprze si o odrzwia, tak silnie szturmowa
wicher do bramy. Wreszcie zasunli rygiel i wiatr pogna dalej.
Opowiadali bezadnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasike wiatrem,
pachniay teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w wietle; ich oczy,
pene jeszcze nocy, broczyy ciemnoci za kadym uderzeniem powiek. Nie
mogli doj do sklepu, zgubili drog i ledwo trafili z powrotem. Nie
poznawali miasta, wszystkie ulice byy jak przestawione. Matka
podejrzewaa, e kamali. W istocie caa ta scena sprawiaa wraenie,
jakby przez ten kwadrans stali w ciemnoci pod oknem, nie oddalajc si
wcale. A moe naprawd nie byo ju miasta i rynku, a wicher i noc
otaczay nasz dom tylko ciemnymi kulisami, penymi wycia, wistu i
jkw. Moe nie byo wcale tych ogromnych i aosnych przestrzeni, ktre
nam wicher sugerowa, moe nie byo wcale tych opakanych labiryntw,
tych wielookiennych traktw i korytarzy, na ktrych gra wicher, jak na
dugich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniao si w nas
przekonanie, e caa ta burza bya tylko donkiszoteri nocn, imitujc
na wskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczn bezdomno i
sieroctwo wichury. Coraz czciej otwieray si teraz drzwi sieni i
wpuszczay okutanego w opocze i szale gocia. Zziajany ssiad lub
znajomy wywija si powoli z chustek, paszczy i wyrzuca z siebie
zdyszanym gosem opowiadania, urywane bezadne sowa, ktre
fantastycznie powikszay, kamliwie przesadzay bezmiar nocy.
Siedzielimy wszyscy w jasno owietlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym
i czarnym, szerokim okapem komina prowadzio par stopni do drzwi
strychu. Na tych schodkach siedzia starszy subiekt Teodor i
nasuchiwa, jak strych gra od wichru. Sysza, jak w pauzach wichury
miechy eber strychowych skaday si w fady i dach wiotcza i zwisa
jak ogromne puca, z ktrych uciek oddech, to znowu nabiera tchu,
nastawia si palisadami krokwi, rs jak sklepienia gotyckie,
rozprzestrzenia si lasem belek, penym stokrotnego echa, i hucza jak
pudo ogromnych basw. Ale potem zapominalimy o wichurze, Adela tuka
cynamon w dwicznym modzierzu. Ciotka Perazja przysza w odwiedziny.
Drobna, ruchliwa i pena zabiegliwoci, z koronk czarnego szala na
gowie, zacza krzta si po kuchni, pomagajc Adeli. Adela oskubaa
koguta. Ciotka Perazja zapalia pod okapem komina gar papierw i
szerokie paty pomienia wzlatyway z nich w czarn czelu. Adela,
trzymajc koguta za szyj, uniosa go nad pomie, aeby opali na nim
reszt pierza. Kogut zatrzepota nagle w ogniu skrzydami, zapia i
spon. Wtedy ciotka Perazja zacza si kci, kl i zorzeczy.
Trzsc si ze zoci, wygraaa rkami Adeli i matce. Nie rozumiaem, o
co jej chodzi, a ona zacietrzewiaa si coraz bardziej w gniewie i staa
si jednym pkiem gestykulacji i zorzecze. Zdawao si, e w
paroksyzmie zoci rozgestykuluje si na czci, e rozpadnie si,
podzieli, rozbiegnie w sto pajkw, rozgazi si po pododze czarnym,
migotliwym pkiem oszalaych karakonach biegw. Zamiast tego zacza
raptownie male, kurczy si, wci roztrzsiona i rozsypujca si
przeklestwami. Z naga podreptaa, zgarbiona i maa, w kt kuchni,
gdzie leay drwa na opa i, klnc i kaszlc, zacza gorczkowo
przebiera wrd dwicznych drewien, a znalaza dwie cienkie, te
drzazgi. Pochwycia je latajcymi ze wzburzenia rkami, przymierzya do
ng, po czym wspia si na nie, jak na szczuda, i zacza na tych
tych kulach chodzi, stukocc po deskach, biega tam i z powrotem
wzdu skonej linii podogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiega
na awk jodow, kutykajc na dudnicych deskach, a stamtd na pk z
talerzami, dwiczn, drewnian pk obiegajc ciany kuchni, i biega
po niej, kolankujc na szczudowych kulach, by wreszcie gdzie w kcie,
malejc coraz bardziej, sczernie, zwin si jak zwidy, spalony
papier, zetli si w patek popiou, skruszy w proch i w nico.
Stalimy wszyscy bezradni wobec tej szalejcej furii zoci, ktra sama
siebie trawia i poeraa. Z ubolewaniem patrzylimy na smutny przebieg
tego paroksyzmu i z pewn ulg wrcilimy do naszych zaj, gdy aosny
ten proces dobieg swego naturalnego koca. Adela zadzwonia znowu
modzierzem, tukc cynamon, matka cigna dalej przerwan rozmow, a
subiekt Teodor, nasuchujc proroctw strychowych, stroi mieszne
grymasy, podnosi wysoko brwi i mia si do siebie.

NOC WIELKIEGO SEZONU Kady wie, e w szeregu zwykych, normalnych lat
rodzi niekiedy zdziwaczay czas ze swego ona lata inne, lata osobliwe,
lata wyrodne, ktrym--jak szsty, may palec u rki--wyrasta kdy
trzynasty, faszywy miesic. Mwimy faszywy, gdy rzadko dochodzi on do
penego rozwoju. Jak dzieci pno spodzone, pozostaje on w tyle ze
wzrostem, miesic garbusek, odrol w poowie uwida i raczej domylna
ni rzeczywista. Winna jest temu starcza niepowcigliwo lata, jego
rozpustna i pna ywotno. Bywa czasem, e sierpie minie, a stary
gruby pie lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pdzi ze swego
prchna te dni-dziczki, dni-chwasty, jaowe i idiotyczne, dorzuca na
dokadk, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne--dni biae,
zdziwione i niepotrzebne. Wyrastaj one, nieregularne i nierwne, nie
wyksztacone i zronite z sob, jak palce potworkowatej rki,
pczkujce i zwinite w fig. Inni porwnywaj te dni do apokryfw,
wsunitych potajemnie midzy rozdziay wielkiej ksigi roku, do
palimpsestw, skrycie wczonych pomidzy jej stronice, albo do tych
biaych nie zadrukowanych kartek, na ktrych oczy, naczytane do syta i
pene treci, broczy mog obrazami i gubi kolory na tych pustych
stronicach, coraz bladziej i bladziej, aeby wypocz na ich nicoci,
zanim wcignite zostan w labirynty nowych przygd i rozdziaw. Ach,
ten stary, poky romans roku, ta wielka, rozpadajca si ksiga
kalendarza! Ley ona sobie zapomniana gdzie w archiwach czasu, a tre
jej ronie dalej midzy okadkami, pcznieje bez ustanku od gadulstwa
miesicy, od szybkiego samordztwa blagi, od bajania i marze, ktre si
w niej mno. Ach, i spisujc te nasze opowiadania, szeregujc te
historie o moim ojcu na zuytym marginesie jej tekstu, czy nie oddaj
si tajnej nadziei, e wrosn one kiedy niepostrzeenie midzy zke
kartki tej najwspanialszej, rozsypujcej si ksigi, e wejd w wielki
szelest jej stronic, ktry je pochonie? To, o czym tu mwi bdziemy,
dziao si tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako faszywym
miesicu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kroniki
kalendarza. Ranki byy podwczas dziwnie cierpkie i orzewiajce. Po
uspokojonym i chodniejszym tempie czasu, po nowym cakiem zapachu
powietrza, po odmiennej konsystencji wiata pozna byo, e weszo si
w inn seri dni, w now okolic Boego Roku. Gos dra pod tymi nowymi
niebami dwicznie i wieo jak w nowym jeszcze i pustym mieszkaniu,
penym zapachu lakieru, farb, rzeczy zacztych i nie wyprbowanych. Z
dziwnym wzruszeniem prbowao si nowego echa, napoczynao si je z
ciekawoci, jak w chodny i trzewy poranek babk do kawy w przeddzie
podry. Ojciec mj siedzia znowu w tylnym kontuarze sklepu, w maej,
sklepionej izbie, pokratkowanej jak ul w wielokomrkowe registratury i
uszczcej si bez koca warstwami papieru, listw i faktur. Z szelestu
arkuszy, z nieskoczonego kartkowania papierw wyrastaa kratkowana i
pusta egzystencja tego pokoju, z nieustannego przekadania plikw
odnawiaa si w powietrzu z niezliczonych nagwkw firmowych apoteoza w
formie miasta fabrycznego, widzianego z lotu ptaka, najeonego dymicymi
kominami, otoczonego rzdami medali i ujtego w wywijasy i zakrty
pompatycznych et i Comp. Tam siedzia ojciec, jak w ptaszarni, na
wysokim stoku, a gobniki registratur szeleciy plikami papierw i
wszystkie gniazda i dziuple pene byy wiergotu cyfr. Gb wielkiego
sklepu ciemniaa i wzbogacaa si z dnia na dzie zapasami sukna,
szewiotw, aksamitw i kortw. W ciemnych pkach, tych spichrzach i
lamusach chodnej, pilniowej barwnoci, procentowaa stokrotnie ciemna,
odstaa korowo rzeczy, mnoy si i syci potny kapita jesieni. Tam
rs i ciemnia ten kapita i rozsiada si coraz szerzej na pkach,
jak na galeriach jakiego wielkiego teatru, uzupeniajc si jeszcze i
pomnaajc kadego rana nowymi adunkami towaru, ktry w skrzyniach i
pakach wraz z rannym chodem wnosili na niedwiedzich barach stkajcy,
brodaci tragarze w oparach wieoci jesiennej i wdki. Subiekci
wyadowywali te nowe zapasy syccych bawatnych kolorw i wypeniali
nimi, kitowali starannie wszystkie szpary i luki wysokich szaf. By to
rejestr olbrzymi wszelakich kolorw jesieni, uoony warstwami,
usortowany odcieniami, idcy w d i w gr, jak po dwicznych
schodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczyna si u dou i
prbowa jkliwie i niemiao altowych spezoci i ptonw,
przechodzi potem do spowiaych popiow dali, do gobelinowych bkitw
i rosnc ku grze coraz szerszymi akordami, dochodzi do ciemnych
granatw, do indyga lasw dalekich i do pluszu parkw szumicych, aeby
potem poprzez wszystkie ochry, sangwiny, rudoci i sepie wej w
szelestny cie widncych ogrodw i doj do ciemnego zapachu grzybw,
do tchnienia prchna w gbiach nocy jesiennej i do guchego
akompaniamentu najciemniejszych basw. Ojciec mj szed wzdu tych
arsenaw sukiennej jesieni i uspokaja i ucisza te masy, ich
wzbierajc moc, spokojn potg Pory. Chcia jak najduej utrzyma w
caoci te rezerwy zamagazynowanej barwnoci. Ba si ama, wymienia
na gotwk ten fundusz elazny jesieni. Ale wiedzia, czu, e przyjdzie
czas i wicher jesienny, pustoszcy i ciepy wicher, powieje nad tymi
szafami i wtedy puszcz one i nic nie zdoa powstrzyma ich wylewu, tych
strumieni kolorowoci, ktrymi wybuchn na miasto cae. Przychodzia
pora Wielkiego Sezonu. Oywiay si ulice. O szstej godzinie po
poudniu miasto zakwitao gorczk, domy dostaway wypiekw, a ludzie
wdrowali oywieni jakim wewntrznym ogniem, naszminkowani i ubarwieni
jaskrawo, z oczyma byszczcymi jak odwitn, pikn i z febr. Na
bocznych uliczkach, w cichych zaukach, uchodzcych ju w wieczorn
dzielnic, miasto byo puste. Tylko dzieci bawiy si na placykach pod
balkonami, bawiy si bez tchu, haaliwie i niedorzecznie. Przykaday
mae pcherzyki do ust, aeby wydmucha je i naindyczy si nagle
jaskrawo w wielkie, gulgocce, rozpluskane narole albo wykoguci si w
gupi koguci mask, czerwon i piejc, w kolorowe jesienne maszkary
fantastyczne i absurdalne. Zdawao si, e tak nadte i piejce wznios
si w powietrze dugimi kolorowymi acuchami i jak jesienne klucze
ptakw przeciga bd nad miastem--fantastyczne flotylle z bibuki i
pogody jesiennej. Albo woziy si wrd krzykw na maych zgiekliwych
wzkach, grajcych kolorowym turkotem kek, szprych i dyszli. Wzki
zjeday naadowane ich krzykiem i staczay si w d ulicy a do nisko
rozlanej, tej rzeczki wieczornej, gdzie rozpaday si na gruz
krkw, kokw i patyczkw. I podczas gdy zabawy dzieci staway si
coraz bardziej haaliwe i spltane, wypieki miasta ciemniay i
zakwitay purpur, nagle wiat cay zaczyna widn i czernie i szybko
wydziela si ze majaczliwy zmierzch, ktrym zaraay si wszystkie
rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzya si ta zaraza zmierzchu wokoo,
sza od rzeczy do rzeczy, a czego dotkna, to wnet butwiao, czerniao,
rozpadao si w prchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym
popochu i naraz dosiga ich ten trd, i wysypywa si ciemn wysypk
na czole, i tracili twarze, ktre odpaday wielkimi, bezksztatnymi
plamami, i szli dalej, ju bez rysw, bez oczu, gubic po drodze mask
po masce, tak e zmierzch roi si od tych larw porzuconych, sypicych
si za ich ucieczk. Potem zaczynao wszystko zarasta czarn,
prchniejc kor, uszczc si wielkimi patami, chorymi strupami
ciemnoci. A gdy w dole wszystko rozprzgo si i szo wniwecz w tej
cichej zamieszce, w panice prdkiego rozkadu, w grze utrzymywa si i
rs coraz wyej milczcy alarm zorzy, drgajcy wiergotem miliona
cichych dzwonkw, wzbierajcych wzlotem miliona cichych skowronkw
leccych razem w jedn wielk, srebrn nieskoczono. Potem bya ju
nagle noc--wielka noc, rosnca jeszcze podmuchami wiatru, ktre j
rozszerzay. W jej wielokrotnym labiryncie wyupane byy gniazda jasne:
sklepy--wielkie, kolorowe latarnie, pene spitrzonego towaru i zgieku
kupujcych. Przez jasne szyby tych latani mona byo ledzi zgiekliwy
i peen dziwacznego ceremoniau obrzd zakupw jesiennych. Ta wielka,
fadzista noc jesienna, rosnca cieniami, roszerzona wiatrami, krya w
swych ciemnych fadach jasne kieszenie, woreczki z kolorowym
drobiazgiem, z pstrym towarem czekoladek, keksw, kolonialnej
pstrokacizny. Te budki i kramiki, sklecone z pudeek po cukrach,
wytapetowane jaskrawo reklamami czekolad, pene mydeek, wesoej
tandety, zoconych bahostek, cynfolii, trbek, andrutw i kolorowych
mitwek, byy stacjami lekkomylnoci, grzechotkami beztroski,
rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozopotanej wiatrami
nocy. Wielkie i ciemne tumy pyny w ciemnoci, w haaliwym
zmieszaniu, w szurgocie tysicy ng, w gwarze tysicy ust--rojna,
spltana wdrwka, cignca arteriami jesiennego miasta. Tak pyna ta
rzeka, pena gwaru, ciemnych spojrze, chytrych ypni, pokawakowana
rozmow, posiekana gawd, wielka miazga plotek, miechw i zgieku.
Zdawao si, e to ruszyy tumami jesienne, suche makwki sypice
makiem--gowygrzechotki, ludzie-koatki. Mj ojciec chodzi
zdenerwowany i kolorowy od wypiekw, z byszczcymi oczyma, w jasno
owietlonym sklepie, i nasuchiwa. Przez szyby wystawy i portalu
dochodzi tu z daleka szum miasta, stumiony gwar pyncej ciby. Nad
cisz sklepu pona jasno lampa naftowa, zwisajca z wielkiego
sklepienia, i wypieraa najmniejszy lad cienia z wszystkich szpar i
zakamarkw. Pusta, wielka podoga trzaskaa w ciszy i liczya w tym
wietle wzdu i wszerz swe byszczce kwadraty, szachownic wielkich
tafli, ktre rozmawiay ze sob w ciszy trzaskami, odpowiaday sobie to
tu, to tam gonym pkniciem. Za to sukna leay ciche, bez gosu, w
swej pilniowej puszystoci i podaway sobie wzdu cian spojrzenia za
plecami ojca, wymieniay od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.
Ojciec nasuchiwa. Jego ucho zdawao si w tej ciszy nocnej wydua i
rozgazia poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujcy
w mtach nocy. Nasuchiwa i sysza. Sysza z rosncym niepokojem
daleki przypyw tumw, ktre nadcigay. Rozglda si z przeraeniem
po pustym sklepie. Szuka subiektw. Ale ci ciemni i rudzi anioowie
dokd odlecieli. Pozosta on sam tylko, w trwodze przed tuma-mi, ktre
wnet miay zala cisz sklepu pldrujc haaliw rzesz i rozebra
midzy siebie, rozlicytowa ca t bogat jesie, od lat zbieran w
wielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie byy te
urodziwe cheruby, majce broni ciemnych, sukiennych szacw? Ojciec
podejrzewa bolesn myl, e oto grzesz gdzie w gbi domu z crami
ludzi. Stojc nieruchomy i peen troski, z byszczcymi oczyma w jasnej
ciszy sklepu, czu wewntrznym suchem, co dziao si w gbi domu, w
tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwiera si przed
nim, izba za izb, komora za komor, jak dom z kart, i widzia gonitw
subiektw za Adel przez wszystkie puste i jasno owietlone pokoje,
schodami na d, schodami do gry, a wymkna si im i wpada do jasnej
kuchni, gdzie zabarykadowaa si kuchennym kredensem. Tam staa
zdyszana, byszczca i rozbawiona, trzepocca z umiechem wielkimi
rzsami. Subiekci chichotali, przykucnici pode drzwiami. Okno kuchni
otwarte byo na wielk, czarn noc, pen roje i spltania. Czarne,
uchylone szyby pony refleksem dalekiej iluminacji. Byszczce garnki
i butle stay nieruchomo dokoa i lniy w ciszy tust polew. Adela
wychylaa ostronie przez okno sw kolorow, uszminkowan twarz z
trzepoczcymi oczyma. Szukaa subiektw na ciemnym podwrzu, pewna ich
zasadzki. I oto ujrzaa ich, jak wdrowali ostronie, gsiego, po wskim
gzymsie podokiennym wzdu ciany pitra, czerwonej odblaskiem dalekiej
iluminacji, i skradali si do okna. Ojciec krzykn z gniewu i rozpaczy,
ale w tej chwili gwar gosw sta si cakiem bliski i nagle jasne okna
sklepu zaludniy si bliskimi twarzami, wykrzywionymi miechem,
rozgadanymi twarzami, ktre paszczyy nosy na lnicych szybach. Ojciec
sta si purpurowy ze wzburzenia i wskoczy na lad. I kiedy tum
szturmem zdobywa t twierdz i wkracza haaliw cib do sklepu,
ojciec mj jednym skokiem wspi si na pki z suknem i, uwisy wysoko
nad tumem, d z caej siy w wielki puzon z rogu i trbi na alarm.
Ale sklepienie nie napenio si szumem aniow, pieszcych na pomoc, a
zamiast tego kademu jkowi trby odpowiada wielki, rozemiany chr
tumu.--Jakubie, handlowa! Jakubie, sprzedawa!--woali wszyscy, a
woanie to, wci powtarzane, rytmizowao si w chrze i przechodzio
powoli w melodi refrenu, piewan przez wszystkie garda. Wtedy mj
ojciec da za wygran, zeskoczy z wysokiego gzymsu i ruszy z krzykiem
ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z gow spcznia w pi
purpurow, wbieg, jak walczcy prorok, na szace sukienne i j
przeciwko nim szale. Wpiera si caym ciaem w potne bale weny i
wywaa je z osady, podsuwa si pod ogromne postawy sukna i unosi je
na lad z guchym omotem. Bale leciay rozwijajc si z opotem w
powietrzu w ogromne chorgwie, pki wybuchay zewszd wybuchami
draperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojeszowej laski. Tak
wyleway si zapasy szaf, wymiotoway gwatownie, pyny szerokimi
rzekami. Wypywaa barwna tre pek, rosa, mnoya si i zalewaa
wszystkie lady i stoy. ciany sklepu zniky pod potnymi formacjami
tej sukiennej kosmogonii, pod tymi pasmami grskimi, pitrzcymi si w
potnych masywach. Otwieray si szerokie doliny wrd zboczy grskich
i wrd szerokiego patosu wyyn grzmiay linie kontynentw. Przestrze
sklepu rozszerzya si w panoram jesiennego krajobrazu, pen jezior i
dali, a na tle tej scenerii ojciec wdrowa wrd fad i dolin
fantastycznego Kanaanu, wdrowa wielkimi krokami, z rkoma
rozkrzyowanymi proroczo w chmurach, i ksztatowa kraj uderzeniami
natchnienia. A u dou, u stp tego Synaju, wyrosego z gniewu ojca,
gestykulowa lud, zorzeczy i czci Baala, i handlowa. Nabierali pene
rce mikkich fad, drapowali si w kolorowe sukna, owijali si w
zaimprowizowane domina i paszcze i gadali bezadnie a obficie. Mj
ojciec wyrasta nagle nad tymi grupami kupczcych wyduonych gniewem, i
gromi z wysoka bawochwalcw potnym sowem. Potem, ponoszony
rozpacz, wspina si na wysokie galerie szaf, bieg obdnie po bantach
pek, po dudnicych deskach ogooconych rusztowa, cigany przez obrazy
bezwstydnej rozpusty, ktr przeczuwa za plecami w gbi domu. Subiekci
dosigli wanie elaznego balkonu na wysokoci okna i wczepieni w
balustrad, pochwycili wp Adel i wycignli j przez okno,
trzepocc. oczyma i wlokc za sob smuke nogi w jedwabnych
poczochach. Gdy ojciec mj, przeraony ohyd grzechu, wrasta gniewem
swych gestw w groz krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawa si
wyuzdanej wesooci. Jaka parodystyczna pasja, jaka zaraza miechu
opanowaa t gawied. Jake mona byo da powagi od nich, od tego
ludu koatek i dziadkw do orzechw! Jak mona byo da zrozumienia
dla wielkich trosk ojca od tych mynkw, mielcych bezustannie kolorow
miazg sw! Gusi na gromy proroczego gniewu, przykucali ci handlarze w
jedwabnych bekieszach maymi kupkami dookoa sfadowanych gr materii,
rozstrzsajc gadatliwie wrd miechu zalety towaru. Ta czarna gieda
roznosia na swych prdkich jzykach szlachetn substancj krajobrazu,
rozdrabniaa j siekanin gadania i poykaa niemal. Gdzie indziej stay
grupy ydw w kolorowych chaatach, w wielkich futrzanych kopakach
przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mowie Wielkiego
Zgromadzenia, dostojni i peni namaszczenia panowie, gadzcy dugie,
pielgnowane brody i prowadzcy wstrzemiliwe i dyplomatyczne rozmowy.
Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, ktre wymieniali
by bysk umiechnitej ironii. Wrd tych grup przewija si pospolity
lud, bezpostaciowy tum, gawied bez twarzy i indywidualnoci. Wypenia
on niejako luki w krajobrazie, wyciela to dzwonkami i grzechotkami
bezmylnego gadania. By to element bazeski, roztaczony tum
poliszynelw i arlekinw, ktry--sam bez powanych intencyj handlowych
- doprowadza do absurdu gdzieniegdzie nawizujce si tansakcje swymi
bazeskimi figlami. Stopniowo jednak, znudzony baznowaniem, wesoy ten
ludek rozprasza si w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubi
si wrd skalnych zaomw i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim
zapaday si te wesoki gdzie w szczeliny i fady terenu, jak dzieci
zmczone zabaw po ktach i zakamarkach mieszkania w noc balow.
Tymczasem ojcowie miasta, mowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali
si w grupach penych powagi i godnoci i prowadzili ciche, gbokie
dysputy. Rozszedszy si po caym, owym wielkim grzystym kraju,
wdrowali po dwch, po trzech na dalekich i krtych drogach. Mae i
ciemne ich sylwety zaludniay ca t pustynn wyyn, nad ktr zwiso
cikie i ciemne niebo, sfadowane i chmurne, poorane w dugie
rwnolege bruzdy, w srebrne i biae skiby, ukazujce w gbi coraz
dalsze pokady swego uwarstwienia. wiato lampy stwarzao sztuczny
dzie w owej krainie--dzie dziwny, dzie bez witu i wieczoru. Ojciec
mj uspokaja si powoli. Gniew jego ukada si i zastyga w pokadach
i warstwach krajobrazu. Siedzia teraz na galeriach wysokich pek i
patrzy w jesienniejcy, rozlegy kraj. Widzia, jak na dalekich
jeziorach odbywa si pow ryb. W malekich upinkach dek siedziao
po dwch rybakw, zapuszczajc sieci w wod. Na brzegach chopcy
dwigali na gowach kosze, pene trzepoccego si, srebrnego poowu.
Wwczas to dostrzeg, jak grupy wdrowcw w oddali zadzieray gowy ku
niebu, wskazujc co wzniesionymi rkami. I wnet zaroio si niebo jak
kolorow wysypk, osypao si falujcymi plamami, ktre rosy,
dojrzeway i wnet napeniy przestworze dziwnym ludem ptakw, krcych
i koujcych w wielkich, krzyujcych si spiralach. Cae niebo
wypenio si ich wzniosym lotem, opotem skrzyde, majestatycznymi
liniami cichych buja. Niektre z nich jak ogromne bociany pyny
nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydach, inne, podobne do
kolorowych piropuszw, do barbarzyskich trofew, trzepotay ciko i
niezgrabnie, aeby utrzyma si na falach ciepej aury; inne wreszcie,
nieudolne konglomeraty skrzyde, potnych ng i oskubanych szyj,
przypominay le wypchane spy i kondory, z ktrych wysypuj si
trociny. Byy midzy nimi ptaki dwugowe, ptaki wieloskrzyde, byy te
i kaleki, kulejce w powietrzu jednoskrzydym, niedonym lotem. Niebo
stao si podobne do starego fresku, penego dziwolgw i fantastycznych
zwierzt, ktre kryy, wymijay si i znw wracay w kolorowych
elipsach. Mj ojciec podnis si na bantach, oblany nagym blaskiem,
wycign rce, przyzywajc ptaki starym zaklciem. Pozna je, peen
wzruszenia. Byo to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,
ktr ongi Adela rozpdzia na wszystkie strony nieba. Wracao teraz,
zwyrodniae i wybujae, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemi
ptasie, zmarniae wewntrznie. Wystrzelone gupio wzrostem, wyogromnione
niedorzecznie, byo wewntrz puste i bez ycia. Caa ywotno tych
ptakw przesza w upierzenie, wybujaa w fantastyczno. Byo to jakby
muzeum wycofanych rodzajw, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektre latay
na wznak, miay cikie, niezgrabne dzioby, podobne do kdek i zamkw,
obcione kolorowymi narolami, i byy lepe. Jake wzruszy ojca ten
powrt niespodziany, jake zdumiewa si nad instynktem ptasim, nad tym
przywizaniem do Mistrza, ktre wygnany w rd piastowa jak legend w
duszy, aeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed
wyganiciem plemienia pocign z powrotem w pradawn ojczyzn. Ale te
papierowe, lepe ptaki nie mogy ju pozna ojca. Na darmo woa na nie
dawnym zaklciem, zapomnian mow ptasi, nie syszay go i nie
widziay. Nagle zagwizday kamienie w powietrzu. To wesoki, gupie i
bezmylne plemi, jy celowa pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Na
darmo ojciec ostrzega, na darmo grozi zaklinajcymi gestami, nie
dosyszano go, nie dostrzeono. I ptaki spaday. Ugodzone pociskiem,
obwisay ciko i widy ju w powietrzu. Nim doleciay do ziemi, byy
ju bezforemn kup pierza. W mgnieniu oka pokrya si wyyna t dziwn,
fantastyczn padlin. Zanim ojciec dobieg do miejsca rzezi, cay ten
wietny rd ptasi ju lea martwy, rozcignity na skaach. Teraz
dopiero, z bliska, mg ojciec obserwowa ca lichot tej zuboaej
generacji, ca mieszno jej tandetnej anatomii. Byy to ogromne
wiechcie pir, wypchane byle jak starym cierwem. U wielu nie mona byo
wyrni gowy, gdy pakowata ta cz ciaa nie nosia adnych znamion
duszy. Niektre pokryte byy kudat, zlepion sierci, jak ubry, i
mierdziay wstrtnie. Inne przypominay garbate, yse, zdeche
wielbdy. Inne wreszcie byy najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,
puste w rodku, a wietnie kolorowe na zewntrz. Niektre okazyway si
z bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi
wachlarzami, w ktre niepojtym sposobem tchnito jaki pozr ycia.
Widziaem smutny powrt mego ojca. Sztuczny dzie zabarwia si ju
powoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszaym sklepie najwysze
pki syciy si barwami rannego nieba. Wrd fragmentw zgasego
pejzau, wrd zburzonych kulis nocnej scenerii--ojciec widzia
wstajcych ze snu subiektw. Podnosili si spomidzy bali sukna i
ziewali do soca. W kuchni, na pitrze, Adela, ciepa od snu i ze
zmierzwionymi wosami, mea kaw na mynku, przyciskajc go do biaej
piersi, od ktrej ziarna nabieray blasku i gorca. Kot my si w





End of the Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz

*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***

This file should be named sklep10.txt or sklep10.zip
Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, sklep11.txt
VERSIONS based on separate sources get new LETTER, sklep10a.txt

Produced by Pawel Sobkowiak--Scanned and proofread by
Polska Biblioteka Internetowa

Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
unless a copyright notice is included.  Thus, we usually do not
keep eBooks in compliance with any particular paper edition.

We are now trying to release all our eBooks one year in advance
of the official release dates, leaving time for better editing.
Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
even years after the official publication date.

Please note neither this listing nor its contents are final til
midnight of the last day of the month of any such announcement.
The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
Midnight, Central Time, of the last day of the stated month.  A
preliminary version may often be posted for suggestion, comment
and editing by those who wish to do so.

Most people start at our Web sites at:
http://gutenberg.net or
http://promo.net/pg

These Web sites include award-winning information about Project
Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).


Those of you who want to download any eBook before announcement
can get to them as follows, and just download by date.  This is
also a good way to get them instantly upon announcement, as the
indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.

http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03

Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90

Just search by the first five letters of the filename you want,
as it appears in our Newsletters.


Information about Project Gutenberg (one page)

We produce about two million dollars for each hour we work.  The
time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
searched and analyzed, the copyright letters written, etc.   Our
projected audience is one hundred million readers.  If the value
per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
files per month:  1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
If they reach just 1-2% of the world's population then the total
will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.

The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
which is only about 4% of the present number of computer users.

Here is the briefest record of our progress (* means estimated):

eBooks Year Month

    1  1971 July
   10  1991 January
  100  1994 January
 1000  1997 August
 1500  1998 October
 2000  1999 December
 2500  2000 December
 3000  2001 November
 4000  2001 October/November
 6000  2002 December*
 9000  2003 November*
10000  2004 January*


The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.

We need your donations more than ever!

As of February, 2002, contributions are being solicited from people
and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
Virginia, Wisconsin, and Wyoming.

We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
that have responded.

As the requirements for other states are met, additions to this list
will be made and fund raising will begin in the additional states.
Please feel free to ask to check the status of your state.

In answer to various questions we have received on this:

We are constantly working on finishing the paperwork to legally
request donations in all 50 states.  If your state is not listed and
you would like to know if we have added it since the list you have,
just ask.

While we cannot solicit donations from people in states where we are
not yet registered, we know of no prohibition against accepting
donations from donors in these states who approach us with an offer to
donate.

International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
ways.

Donations by check or money order may be sent to:

Project Gutenberg Literary Archive Foundation
PMB 113
1739 University Ave.
Oxford, MS 38655-4109

Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
method other than by check or money order.

The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
[Employee Identification Number] 64-622154.  Donations are
tax-deductible to the maximum extent permitted by law.  As fund-raising
requirements for other states are met, additions to this list will be
made and fund-raising will begin in the additional states.

We need your donations more than ever!

You can get up to date donation information online at:

http://www.gutenberg.net/donation.html


***

If you can't reach Project Gutenberg,
you can always email directly to:

Michael S. Hart <hart@pobox.com>

Prof. Hart will answer or forward your message.

We would prefer to send you information by email.


**The Legal Small Print**


(Three Pages)

***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
They tell us you might sue us if there is something wrong with
your copy of this eBook, even if you got it for free from
someone other than us, and even if what's wrong is not our
fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
disclaims most of our liability to you. It also tells you how
you may distribute copies of this eBook if you want to.

*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
sending a request within 30 days of receiving it to the person
you got it from. If you received this eBook on a physical
medium (such as a disk), you must return it with your request.

ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
through the Project Gutenberg Association (the "Project").
Among other things, this means that no one owns a United States copyright
on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
distribute it in the United States without permission and
without paying copyright royalties. Special rules, set forth
below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.

Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
any commercial products without permission.

To create these eBooks, the Project expends considerable
efforts to identify, transcribe and proofread public domain
works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
medium they may be on may contain "Defects". Among other
things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
corrupt data, transcription errors, a copyright or other
intellectual property infringement, a defective or damaged
disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
codes that damage or cannot be read by your equipment.

LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
all liability to you for damages, costs and expenses, including
legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.

If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
you paid for it by sending an explanatory note within that
time to the person you received it from. If you received it
on a physical medium, you must return it with your note, and
such person may choose to alternatively give you a replacement
copy. If you received it electronically, such person may
choose to alternatively give you a second opportunity to
receive it electronically.

THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
PARTICULAR PURPOSE.

Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
the exclusion or limitation of consequential damages, so the
above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
may have other legal rights.

INDEMNITY
You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
and its trustees and agents, and any volunteers associated
with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
texts harmless, from all liability, cost and expense, including
legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
following that you do or cause:  [1] distribution of this eBook,
[2] alteration, modification, or addition to the eBook,
or [3] any Defect.

DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
You may distribute copies of this eBook electronically, or by
disk, book or any other medium if you either delete this
"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
or:

[1]  Only give exact copies of it.  Among other things, this
     requires that you do not remove, alter or modify the
     eBook or this "small print!" statement.  You may however,
     if you wish, distribute this eBook in machine readable
     binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
     including any form resulting from conversion by word
     processing or hypertext software, but only so long as
     *EITHER*:

     [*]  The eBook, when displayed, is clearly readable, and
          does *not* contain characters other than those
          intended by the author of the work, although tilde
          (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
          be used to convey punctuation intended by the
          author, and additional characters may be used to
          indicate hypertext links; OR

     [*]  The eBook may be readily converted by the reader at
          no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
          form by the program that displays the eBook (as is
          the case, for instance, with most word processors);
          OR

     [*]  You provide, or agree to also provide on request at
          no additional cost, fee or expense, a copy of the
          eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
          or other equivalent proprietary form).

[2]  Honor the eBook refund and replacement provisions of this
     "Small Print!" statement.

[3]  Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
     gross profits you derive calculated using the method you
     already use to calculate your applicable taxes.  If you
     don't derive profits, no royalty is due.  Royalties are
     payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
     the 60 days following each date you prepare (or were
     legally required to prepare) your annual (or equivalent
     periodic) tax return.  Please contact us beforehand to
     let us know your plans and to work out the details.

WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
public domain and licensed works that can be freely distributed
in machine readable form.

The Project gratefully accepts contributions of money, time,
public domain materials, or royalty free copyright licenses.
Money should be paid to the:
"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."

If you are interested in contributing scanning equipment or
software or other items, please contact Michael Hart at:
hart@pobox.com

[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
when distributed free of all fees.  Copyright (C) 2001, 2002 by
Michael S. Hart.  Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
they hardware or software or any other related product without
express permission.]

*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*

